Jestes tutaj: Home » FILM » „Belle Epoque” nie do końca „belle”

„Belle Epoque” nie do końca „belle”

15 lutego w telewizji TVN miał premierę długi wyczekiwany serial rodzimej produkcji „Belle Epoque” z Pawłem Małaszyńskim i Magdaleną Cielecką na czele obsady. Wygląda jednak na to, że nie do końca cała reklamowa otoczka przekłada się na jakość samej produkcji.

Zapowiadany i nagrany z wielkim rozmachem „Belle Epoque” miał być wizytówką polskich seriali, produkcją która dorówna pod każdym względem swoim zachodnim pierwowzorom takim jak „Taboo” czy „Ripper Street”, do porównań z którymi zachęcają sami producenci. Niestety wygląda na to, że jedyne wspólne cechy jakie mają te produkcje to taki sam look głównych bohaterów i podobna fabuła, z tym tylko, że polska wersja wypada tu dość blado, prawie jak marna podróba. No może poza Małaszyńskim, który z brodą i w kapeluszu wygląda prawie identycznie jak Tom Hardy. Poza tym prawda jest niestety taka, że musimy obejść się smakiem.

Od początku jest trochę chaosu – po pierwszych scenach pojedynku i małym wprowadzeniu w sytuację głównego bohatera, Jana Edigey-Koryckiego (Paweł Małaszyński) producenci serwują nam nie do końca udany kolaż scen, który kończy się obrazkiem dzieci znajdujących głowę pierwszej ofiary w stawie. Dość przerażające, no ale to w końcu serial kryminalny.

Potem poznajemy oczywiście kolejnych bohaterów, przyjaciela Jana Henryka Skarżyńskiego i jego siostrę, a równocześnie pomocnicę w pracy lekarza kryminalnego – Annę. I już tu, przy jej postaci pojawiają się schody gdyż dziewczyna jest średnio wiarygodna – wszyscy wiemy jak postrzegane były w tamtych czasach kobiety, nawet te wykształcone. Tymczasem tutaj całkowicie normalny dla bohaterów wydaje się fakt, że młodziutka dziewczyna pracuje jako lekarz. Nie to jest jednak najważniejsze, chociaż znacznie wpływa na ocenę całego odcinka, którego akcja polega na tym, by znaleźć zabójcę matki głównego bohatera. Poznajemy go na końcu odcinka i dla mnie chyba to jest największym rozczarowaniem.

Dlaczego? Bo liczyłam na coś więcej niż jednoodcinkowe zabójstwa niczym w „Ojcu Mateuszu” – takie, które nie mają w sobie żadnych zawiłości, nie są w żaden sposób skomplikowane czy wielowątkowe. Bohaterowie rozwiązują sprawy prawie na kolanie a ich rozwiązania są jednoznaczne i prawie że same podsuwają się pod ich nosy. Akcja niestety rozwija się bardzo szybko i na tym serial traci – niezbyt zaskakuje i jeżeli tak dalej pójdzie to stanie się niestety przewidywalny, a jak wiadomo to samobój dla każdej produkcji. Po obejrzeniu ma się też niestety wrażenie że reżyserowie nie do końca mieli pomysł jak rozegrać niektóre sceny – sztandarowym przykładem jest tu moment kiedy Jan przychodzi na komisariat i między nim a tamtejszym inspektorem, prowadzącym postępowanie w sprawie śmierci matki głównego bohatera, wywiązuje się taki dialog:

J: Proszę mi dać akta morderstw i zaginięć z ostatniego roku.
I: A kim pan jest?
J: Nikim.

Po czym oczywiście zainteresowany dostaje wgląd do owych akt, choć w żaden sposób nie ma do tego prawa. Automatycznie więc scena staje się niezrozumiała i wręcz bez sensu. Dodatkowo same dialogi, jak i w tym przypadku, są po prostu drewniane i sztywne – w obu wypadkach to ewidentnie wina scenariusza, a nie słabej gry aktorskiej.

Dalej trzeba zwrócić uwagę na scenografię i wizję Karkowa z XIX wieku – są oczywiście piękne, jednak z marszu pojawia się pytanie, czy nie za piękne? Tak samo jak stroje, które były na potrzeby serialu sprowadzane nawet z Londynu, z wypożyczalni szczycących się współpracą z produkcjami takimi jak „Wielki Gatsby” czy „Gra o Tron” – przełożyło się to również na koszty realizacji serialu, które są jednymi z najwyższych z historii polskiej telewizji. Jednak i tutaj producenci się pomylili lub coś zaniedbali – obecnie coraz bardziej popularna staje się moda na bardzo naturalistyczne ujęcia i sposób ukazania świata, a w „Belle Epoque” mamy zabieg całkowicie odwrotny. W tym wypadku jedna scena seksu z prostytutką nie załatwi wszystkiego – nie chodzi oczywiście o to by takich czy podobnych scen był więcej, ale o sam obraz Krakowa jako miasta, które pokazane jest tutaj jako sterylnie czyste (tak jak i suknia wspomnianej wyżej prostytutki), chodź to logiczne że w tamtych czasach wyglądało całkiem inaczej, przez co serial staje się mniej wiarygodny. Dodatkowo pojawiają się takie błędy jak na przykład żaluzje w jednej ze scen, które wyglądają zdecydowanie zbyt nowocześnie – do tego stopnia że od pierwszego momentu wszystko psują i widz irytuje się tym, jak bardzo są nie na miejscu, zamiast skupiać się na rozmowie bohaterów. No, chyba że taki obraz rzeczywistości miał być kontrastem do tego, co producenci przedstawili nam przed emisją serialu – być może miało to pokazać mroczne morderstwa końca XIX wieku na tle sterylnie czystego Krakowa, gdzie nawet postacie z nizin społecznych prezentują się nienagannie? Może miało to uwydatnić obrzydlistwo i okrucieństwo popełnionych przestępstw? Kto wie.

Jedną z niewielu zalet produkcji jest muzyka, która dla mnie osobiście jest świetna – „Psycho Killer” zespołu Talking Heads, który został użyty w czołówce to naprawdę dobry kawałek, tak jak i reszta wykorzystanych w serialu. Tutaj jednak też pojawia się zgrzyt – co z tego że utwory są genialne, kiedy odnosi się wrażenie, że kompletnie nie pasują do obrazów im towarzyszących? Wygląda na to że i tutaj nie udało się producentom to, co praktykowane jest w serialach i ogólnie produkcjach zachodnich – utrzymanie dawnego, specyficznego klimatu i atmosfery za pomocą współczesnych smaczków, takich właśnie jak muzyka czy zwykły luz postaci, którego tutaj też zabrakło. Ma się na przykład wrażenie, że aktorzy nie do końca czują się swobodnie w swoich rolach. Ten zabieg, według mnie, świetnie udał się w Sherlock’u z Robertem Downey Juniorem i Jude Lawem, ale to przecież całkiem co innego.

Mimo wszystko to dopiero pierwszy odcinek i oczywistym jest, że nie wszystkie karty zostały jeszcze odkryte – na przykład postać Konstancji, dawnej nieszczęśliwej miłości Jana, którą gra Magdalena Cielecka. Osobiście to z nią wiążę spore nadzieje ponieważ wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem jej roli w „Belfrze”, w sumie jak i pod wrażeniem całego serialu. W tym momencie automatycznie chce się porównać oba seriale i, moim zdaniem, „Blefer” zdecydowanie wygrywa. Nie trudno zgadnąć czym – swoją wartką akcją, ilością wątków które mimo swojej zawiłości tworzą spójną całość, no i przede wszystkim tym, że sprawca zbrodni nie znajduje się w ciąg jednego odcinka a rozwiązanie całej zagadki nie jest tak jednoznaczne, co chyba boli mnie w „Belle Epoque” najbardziej. Jest to niesamowicie trudne zadanie żeby w ciągu godziny poprowadzić akcję odcinka tak, by porwała widza, a jednocześnie by nic nie było oczywiste – tak, aby owy widz czekał z zapartym tchem na kolejny odcinek i kolejną kryminalną sprawę. Wydaje się jednak, że polscy producenci w tym wypadku porwali się z motyką na słońce, co rozczarowuje biorąc pod uwagę całą nagonkę medialną na „produkcje, jakiej jeszcze w Polsce nie było”.

Mimo wszystko obejrzę kolejny odcinek, tak jak pewnie większość widzów którzy również trochę zawiedli się na pierwszym. Może w następnych bohaterowie staną się bardziej wiarygodni, ich ubrania ciut się przybrudzą i zaczną się prowadzać po ciemnych zaułkach, które wprowadzą aurę tajemniczości? Może kolejne morderstwa nie będą już tak proste i Jan będzie miał jednak problem żeby je rozwiązać? No i ciekawi również wątek miłosny, który do tej pory został nam jedynie mgliście ukazany… Może więc nie wszystko stracone? Przekonamy się już w środę.

Comments are closed.

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony