Jestes tutaj: Home » TEATR » Recenzje » Musical comeback

Musical comeback

„La La Land” przypomina nam najlepszy czas musicali – zarówno tych ekranowych jak i teatralnych. Czemu by więc nie odświeżyć lub w ogóle nie poznać klasyków tego gatunku?

Ostatnio świat ogarnęło szaleństwo „La La Landu” – musicalu w reżyserii  Damien Chazelle, który zdążył już zachwycić swoim poprzednim dziełem „Whiplash”. Kto na wspomnianym „La La Landzie” jeszcze nie był, musi się wybrać –  może się wydawać to jedynie ckliwym romansem z wpadającymi w ucho piosenkami i parą topowych aktorów, takich jak odgrywający główne role Ryan Gosling i Emma Stone. W rzeczy samej, produkcja cechuje się tym wszystkim, ale co najważniejsze nie tylko tym, a nawet nie tym przede wszystkim. W tym tkwi właśnie sukces filmu – z pozoru przewidywalny, „prosty w obsłudze” i w jakiś sposób znany nam z fabuły zachwyca miliony ludzi na całym świecie. I, co ciekawe, nie mówię tu jedynie o damskiej części widowni.

Nie ma się jednak co rozwodzić nad sukcesem i wspaniałością „La La Landu” – zrobiło to już tysiące dziennikarzy i recenzentów. Jest to jednak idealna okazja by wrócić pamięcią do złotej ery musicali, do czasów do których, jak mówił sam reżyser Chazelle i co można dostrzec w filmie, nawiązuje właśnie „La La Land”. Oczywistym jest, że zanim musicale pojawiły się na szklanych ekranach, gościły już na scenach teatralnych, na przykład na sławnym i ikonicznym już  Broadway’u. Pierwszym z nich był „The Black Crook”, wystawiany w roku 1866. Później pojawiły się takie spektakle jak „Oklahoma!” czy bliższy naszym czasom (chodź niedługo będziemy obchodzić stulecie tego musicalu) „Kiss Me Kate”. Mimo wszystko jednak to wiek XX, czyli okres prawie 200 lat po wystawieniu pierwszego przedstawienia z tego gatunku, określa się zaszczytnym mianem „Złotego wieku Hollywood” kiedy to (pod koniec lat 20.) wprowadzono w filmach dźwięk – w związku z tym twórcy chcieli możliwie najlepiej i najbardziej wykorzystać tę możliwość, a jak lepiej wykorzystać dźwięki niż w muzyce, tańcu i śpiewie, czyli filarach musicalu? To właśnie wtedy powstały jedne z największych dzieł tego gatunku, choć nie tylko wtedy. Początkowo były to w większości filmy powstałe w oparciu o sztuki teatralne, musicalowe – tak jakby z desek teatrów przeniesione jedynie na plan filmowy i nagrane. Z czasem jednak pojawiły się dzieła całkiem nowe, autorskie i maksymalnie wykorzystujące możliwości telewizji. I tak przez cały następny wiek pojawiały się kolejne piękne produkcje, pełne wzruszeń i wspaniałych piosenek, które odniosły sukces również poza filmami (idealnym przykładem jest „New York, New York” z musicalu o tym samym tytule). W późniejszych czasach piosenki i elementy musicalowe stały się nieodłączną częścią bajek Disney’a, mimo wszystko jednak nie można ich chyba nazwać musicalami – przede wszystkim dlatego że jedynie piosenki są wykonywane przez „żywych” ludzi, reszta to wytwór rysowników, a obecnie często komputerów i różnego rodzaju technologii. Całe szczęście jednak, jak widać, klasyczny musical też nie ma się źle – a nuż za sprawą „La La Landu” powrócą one do łask i lat swojej świetności?

Nim to jednak nastąpi prezentujemy zestawienie 10 najbardziej znanych i docenianych musicali w całej historii gatunku:

1. „Czarnoksiężnik z krainy Oz” – znana wszystkim opowieść o Dorotce podróżującej do tajemniczej Krainy Oz, opowiedziana za pomocą piosenek (1939)
2. „Les Miserables: Nędznicy” – adaptacja musicalu na podstawie powieści Victora Hugo. Były więzień, Jean Valjean chce pomagać ludziom, w czym przeszkadza mu inspektor Javert; (2012)
3. „Grease” – słodka historia wakacyjnej miłości, której bohaterowie spotykają się później w jednej szkole, w rolach głównych m.in. niesamowity John Travolta (1978)
4. „Chicago” – ekranizacja musicalu Johna Kandera, Freda Ebba i Boba Fosse; historia Roxie Hart, piosenkarka i morderczyni własnego męża, która staje się obiektem uwielbienia mediów (2002)
5. „Deszczowa piosenka” – musical o tym, że choć film dźwiękowy był ogromnym osiągnięciem, to co z aktorami, którzy w swoim fachu muszą się przestawić z gry niemej na wyzwania postawione razem z pojawieniem się dźwięku w filmie? (1952)
6. „Amerykanin w Paryżu” – były amerykański żołnierz po wojnie przeprowadza się do Paryża gdzie chce zostać malarzem, w czym pomaga mu pewna bogata wdowa (1951)
7. „New York, New York” – łączą się miłość i pasja: początkująca piosenkarka i saksofonista zakochują się i razem osiągają sławę (1977)
8. „Kabaret” – historia miłości Sally występującej w berlińskim kabarecie z Brianem, dla której tłem staje się dojście nazistów do władzy (1972)
9. „Hair” – tematyka jak najbardziej aktualna w ówczesnych czasach, traktująca o hippisach i ich beztroskim życiu w oczach Clauda Bukowskiego, zwykłego chłopaka z Oklahomy (1979).
10. „Skrzypek na dachu” – historia Tewjego, mleczarza, który musi znaleźć mężów dla pięciu swoich córek (1971)

A jak się miewa musical na polskich scenach? Jeżeli chodzi konkretnie o sceny to całkiem nieźle, choć są to często produkcje, które przyszły do nas zza granicy – scenariusz nie jest polski, jednak reżyseria i choreografie jak najbardziej rodzime i często spektakularne, tak jak np. w „Upiorze w operze”. Jakkolwiek mamy również na koncie własne wspaniałe sztuki, takie jak zdecydowanie polskie „Na szkle malowane”, oparte o legendy o Janosiku czy po dziś dzień zachwycające widownie „Metro” Janusza Józefowicza. Ten musical może się pochwalić także sukcesem zagranicznym, ponieważ został wystawiony na wcześniej wspomnianym Broadway’u – niestety nie zdobył wtedy uznania amerykańskich krytyków, chociaż w 1992 r. spektakl został nominowany do prestiżowej amerykańskiej nagrody teatralnej Tony, jako jedyna polska sztuka w historii. Mimo wszystko musical do dzisiaj, po 25 latach od premiery, jest wciąż grany w warszawskim teatrze Buffo (co zrozumiałe, ze zmienioną obsadą). I, co najważniejsze, wciąż nie nudzi starych fanów, jednocześnie zachwycając nowych widzów!

Jeżeli jednak chodzi o polskie musicale filmowe do tej pory nie mamy się za bardzo czym pochwalić – nasi reżyserowie ewidentnie skłaniają się bardziej ku filmom muzycznym czy opowiadającym o muzyce takich jak na przykład „Wszystko co kocham” czy „Córki dancingu” –  wciąż jednak nie się to produkcje stricte musicalowe. Wygląda po prostu na to, że w naszym kraju nie pojawił się jeszcze ktoś, kto podjąłby się tego naprawdę trudnego ale i fascynującego zadania – doboru odpowiednich aktorów, repertuaru a przede wszystkim wymyślenia porywającej fabuły, w której to wszystko idealnie łączyłoby się w takt dźwięków utalentowanego kompozytora. Póki co jednak zostaje nam niewinnie zakochiwać się bez pamięci jak Sandy oraz marzyć jak Mia i Sebastian, że pewnego dnia doczekamy się prawdziwego polskiego musicalu!

Comments are closed.

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony