Jestes tutaj: Home » MUZYKA » Marilyn Manson – The Pale Emperor (2015)

Marilyn Manson – The Pale Emperor (2015)

Od wydania poprzedniego krążka minęły już trzy lata. Fani czekali z pewnością na premierę kolejnego z utęsknieniem, jak i na koncert w Polsce (artysty nie było w naszym kraju prawie dziesięć lat!). W tym roku będą mieli możliwość posłuchania najnowszej płyty na żywo, ponieważ Marilyn Manson wystąpi na „Metal Hammer Festival”, 21 lipca w Katowicach!

Zespół założony został w Fort Lauderdale w 1989 roku przez dwójkę znajomych – Briana Warnera oraz Scotta Putesky’ego. Nazwa pochodzi od Marilyn Monroe oraz Charlesa Mansona. Od początku wywoływał duże emocje z powodu poglądów lidera, który sam określa się mianem „Antychrysta”. Wiele teledysków powstało poprzez inspirację obrazami, które stworzył. Obecnie w skład wchodzi tylko pierwszy wymieniony artysta oraz Twiggy Ramirez, wieloletni przyjaciel Warnera.

To już ósma z kolei płyta Marilyna Mansona. Poprzedni krążek zatytułowany „Born Villain” zdecydowanie rozczarowywał. Nie miał klimatu, który obecny był przy utworach początkowych. Dlatego z wielką radością fani przyjęli „The Pale Emperor”. Był to powrót w stylowej, ale dojrzalszej wersji. Według internautów jest to jedna z najlepszych płyt zaraz obok „Mechanical Animals” czy „Eat me, drink me”. Wydana przez „Hell, etc” w przeciwieństwie do reszty (wydawnictwo „Interscope” oraz „Cooking Vinyl” dla „Born Villain”) co było sporym zaskoczeniem.

Płytę zaczyna „Killing strangers”, zauważyć można, że artysta połączył na albumie metal z bluesem! Co lepsze, wyszło mu to świetnie. „Deep six” czyli numer dwa na liście jest piosenką dynamiczną, lecz przeciętną. O wiele bardziej przypadła mi do gustu „Third day of seven day binge” czy „Cupid carries a gun” (ta druga znajduje się w soundtracku popularnego serialu „American Horror Story” gdzie świetnie wpasowuje się w klimat serii). Moim faworytem jest „The Mephistopheles of Los Angeles” – chyba najbardziej przypomina mi starego, dobrego Mansona. Plusem jest również teledysk, o wiele lepszy niż „Deep six” gdzie wyraźnie widać, że artyście zabrakło już pomysłów. Z reszty na liście wyróżnia się „Odds of Even” – bardzo mroczny utwór, kolejna perełka na tym albumie. Nie trzeba również wspominać o tym, że wokal Mansona był i zawsze pozostanie czymś wyjątkowym, a jego osoba nigdy nie przestanie wywoływać kontrowersji, nawet po upływie lat.

Dzięki temu krążkowi odzyskaliśmy nadzieję na to, że stary Manson może wrócić. No i w jakim stylu! Na pewno nie jest to tak wybitna płyta jak „Portrait of an American family” (moja ulubiona) ale jednak świadczy o tym, że artysta wciąż trzyma formę i na pewno jeszcze nie raz zaskoczy nas czymś zupełnie nowym jak było w tym przypadku!

Comments are closed.

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony