Jestes tutaj: Home » FILM » Fabularna animacja

Fabularna animacja

(fot. materiały prasowe)W ostatnim czasie coraz więcej odświeżanych jest starych bajek, animacji Disneya jeszcze z czasów zimnej wojny. Fabularyzowanie animacji może odnieść sukces i przynieść zysk twórcom, ale czy rzeczywiście każdy film się do tego nadaje?

Kilka lat temu kina ponownie dodały do swojego repertuaru film z 1994 r., który wyciskał łzy z oczu każdemu, bez względu na wiek. Była to nieco odświeżona graficznie wersja Króla lwa. W podobnym czasie ukazały się też filmy fabularne, nadające nowy wydźwięk klasycznej Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkom z 1937 r. – Królewna Śnieżka (2012), Królewna Śnieżka i łowca, prześmiewcza, niemiecka wersja bajki wywodzącej się właśnie z tego regionu językowego 7 krasnoludków – Historia prawdziwa, a nieco wcześniej nawet japoński serial z 1994 r. oparty na tej baśni. Przy takim natłoku odświeżania jednej tylko bajki, należało się spodziewać, że kiedyś ktoś w wytwórni wpadnie na pomysł fabularnej wersji tych bajek, które widzowie kochają, a do których i tak Disney ma prawo.

W kwietniu widzowie dostali taką właśnie wersję Księgi dżungli. Nie można jej nazwać stricte aktorską, raczej aktorsko-greenscreenową, gdyż większość scen (jeśli nie wszystkie) kręconych było na blueboxie, a w całym filmie aktorów naliczyłam dwóch – głównego bohatera Mowgliego (głęboki ukłon w stronę grającego go Neela Sethiego) i majaczącą przez pół minuty sylwetkę jego ojca. Jeśli już się ogląda, choćby jako tzw.  ciekawostkę przyrodniczą, warto zobaczyć oryginał, gdyż pod względem dubbingu obsada jest genialna (m. in. Bill Murray, Christopher Walken, Scarlett Johanson).

W marcu przyszłego roku będzie można zobaczyć odświeżoną w ten sam sposób Piękną i Bestię, która zapowiada się naprawdę ciekawie, głównie ze względu na nietuzinkową obsadę i piękne animacje w zdjęciach z planu (oby również w reszcie produkcji). W główną rolę damską wcieli się Emma Watson o subtelnej urodzie, w mojej ocenie niezbędnej dla tej postaci, natomiast jako Bestię będziemy mogli podziwiać Dana Stevensa. W realizację projektu włączyli się także tacy aktorzy jak Ewan McGregor, Ian McKellen czy Stanley Tucci – tu też skłaniałabym się ku wersji z polskimi napisami.

Wszystko byłoby w porządku, można w ten sposób odświeżać animacje. Nawet można nazwać je wersjami aktorskimi, gdy cieleśnie występuje chociaż jeden aktor i da się go zobaczyć w jakiejś roli. Niestety nie rozumiem już powodu, dla którego studio daje zielone światło projektowi, który był i będzie słuchowiskiem aktorskim, ponieważ nie pojawia się w nim człowiek. Dokładnie tak już niedługo stanie się z Królem lwem. Przy takim natłoku filmów oferowanych przez Disney wniosek nasuwa się sam: brak świeżych pomysłów, ale pieniądze bardzo łatwo zarobić dając widzom coś, co już mają, choć w innym opakowaniu. Nie obroni tezy przeciwnej nawet fakt, że za opowiedzenie historii Simby bierze się Jon Favreau, który świetnie stworzył ostatnią Księgę Dżungli, a nowy projekt będzie realizował za pomocą tej samej techniki. Nawet, gdyby producenci zdecydowali się na wykorzystanie oryginalnej muzyki z 1994 r., za którą genialny kompozytor muzyki filmowej Hanz Zimmer zdobył Oscara. Oprócz łatwych pieniędzy nie widzę tu pola do eksploatacji, bo w ten sposób odświeżać można animacje w nieskończoność, kiedy tylko pojawia się nowa myśl technologiczna w grafice komputerowej.

Idąc tym tropem, zachodzi niebezpieczeństwo, że konkurencja podchwyci ten prąd, szczególnie w przypadku Pixara, który od 2006 r. jest mocno związany ekonomicznie z Disneyem. Pierwszym objawem tej szaleńczej tendencji było wyprodukowanie drugiej części Gdzie jest Nemo? (Gdzie jest Dory?), choć akurat to odświeżenie Uniwersum pozytywnie mnie zaskoczyło. Oby tak samo stało się z sequelem Iniemamocnych, którego data premiery planowana jest na czerwiec 2019 r. W tym wypadku Pixar jest jednak z miejsca na pozycji wygranej, bo tworzenie kolejnych odsłon znanego już uniwersum po latach jest bardziej kreatywne, niż przedstawienie tego samego, tylko „w wersji aktorskiej”. Kuriozalnym absurdem, do którego nigdy, w imię największych pieniędzy nie można doprowadzić, byłoby zastosowanie disneyowskiej tendencji do pixarowskiego Toy Story. Toy Story, które jako jedyne może poszczycić się tym, że jest pierwszym filmem wyprodukowanym w całości komputerowo.

Można się zastanawiać, czy Disney nagle ma problemy z kreatywnością i wymyślaniem historii. Tak naprawdę wiele animacji, które pamiętamy z dzieciństwa, to ekranizacje historii przekazywanych najpierw ustnie, a potem  literacko (Kopciuszek, Królewna Śnieżka, Alladyn, Dzwonnik z Notre Dame). Być może więc zachowawcze poczynania studia wynikają z ewolucji, która każe iść pewną, sprawdzoną od lat ścieżką tych samych historii, niż wkładać pieniądze w niepewną kładkę nad urwiskiem, z której można spaść prosto do gardeł hien i niezadowolonych widzów, którzy przyzwyczajeni są do bezpiecznych, bo znanych sobie schematów. Być może Studio nie podniosło się po fali krytyki pod adresem siódmego epizodu Gwiezdnych wojen, a całą kreatywność przelewają na ich kontynuację, co niestety odbija się na innych produkcjach. To wszystko być może. Ostatecznie nikt nikogo nie zmusza do oglądania filmów czy chodzenia do kina. Można poczekać na kolejne kultowe disneyowskie animacje, jak na przykład W głowie się nie mieści, które zgarnęło statuetkę na ostatnim rozdaniu Nagród Akademii. A gdyby i to zawiodło, zawsze można przerzucić się na anime.

Comments are closed.

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony