Jestes tutaj: Home » MISZ MASZ » Kącik młodego dziennikarza » Miętowe latte i dwie dziewczyny, czyli pieniądze to nie wszystko – recenzja i wywiad

Miętowe latte i dwie dziewczyny, czyli pieniądze to nie wszystko – recenzja i wywiad

(fot. funkcjezyciowe.blox.pl)Kawę lubię. Czarną jak opona Fuldy, mocną jak Pudzianowski po przeszczepie nerki terminatora. I gorzką bardziej, niż ciepła żołądkowa w słoneczny dzień popijana surową wodą prosto z nagrzanej od słońca butelki.

Albo miętowe latte. Tylko, że tego ostatniego nie ma prawie nigdzie. W sieciówkach – pisałem już kiedyś, tam nie pracują ludzie (jasne, może się czasem jakiś wyjątek trafić), którzy w ogóle znają się na kawie, więc jeśli czegoś nie ma w menuboardzie, to nie ma w ogóle. Dla laski ze starbaksa albo kofihewen menuboard jest jak facebook – jeśli tam czegoś nie ma, to znaczy, że to w ogóle nie istnieje. W większości innych kawiarni może by nawet i zrobili, ale syropu miętowego to panie, co pan, kto to wypije a dla jednego klienta nie będziemy butelki syropu kupować przecież, tak czy nie. Raptem w kilku kawiarniach mogłem się miętowego latte napić. W dwóch czy trzech dobrego (jedna w Pruszkowie) a w jednej – to było najgorsze miętowe latte, jakie ktokolwiek mógłby zrobić. Też w Pruszkowie, taka kawiarnio-cukiernia w nazwie z dużym ptakiem, który nocą lata i pohukuje troszkę. No bo przychodzę, pytam – macie syrop miętowy? Pani mówi – macie. Ja myślę – o, nawróciło się 😉

No i zamówiłem, zapłaciłem (już wiem, czemu tam tak dbają, żeby rachunki uiścić przed konsumpcją, toż gdyby po, to nie dość, że bym nie zapłacił, ale jeszcze za straty moralne próbował inkasować) i pani mi przynosi… z daleka już widzę, że kolor coś nieteges, to ale może śmietana nieświeża czy co. Próbuję. No i na sery i selery! Mięta jest? Jest. Ale do diabła ciężkiego – pieprzowej mi nalali!

Moja noga nigdy tam więcej nie postała, pieprzową miętę do kawy uczciwemu człowiekowi lać… No i straciłem już jakąkolwiek nadzieję, że znajdę jeszcze miejsce, gdzie się takowej napiję. Tymczasem.

Wchodzę ci ja do lokalu, otwarty niedawno, więc sprawdzić trzeba. Na oko sympatycznie, na drugie oko też, bo wystrój ciekawy – bardziej klubowy, niż kawiarniany – trochę starej cegły, trochę nowoczesnej czerni, strefa Express z wysokimi, barowymi krzesłami, dalej kanapy, też czarne. Nowoczesne oświetlenie przy barze, ładnie wygląda, od dołu świeci (jeżeli jest alkohol, pomyślałem, to po kilku głębszych jak świeci od dołu, to ten i ów może pomylić, w którą stronę nogi wyciągać). I w całkowicie moim klimacie – mocno kolejowo. Dużo zdjęć lokomotyw, torów itd. Czyli – najpierwsze i drugie oko jest nieźle. Gorzej się zrobiło na trzecie oko, bo trafiłem na – co prawda nieduży, ale wystarczy – zlot hipsterów. Plastikowe okularki, sweterki, spodnie zwężane ku dołowi i torebki a’la Tinky Winky przewieszone przez ramię. I nieodzowne Fajfony lub Foresy na stoliku. Gdzieś Ty wlazł człowieku? W dodatku taki nieuczesany! No ale jak wlazł, to wlazł. Wypije szybko i pójdzie precz. Więc americano. Ciekawy byłem, czy zrobią mi americano, czy americanę – taki powinien być pierwszy test na baristę. W cukiernio-kawiarni z ptaszyskiem się wycwanili, nazwali to Kawa Ameryka, żeby nikt się potem czepiać nie mógł, jak podadzą nie to, co się prosiło. No, tutaj wszystko w porządku, americano spore. Ale w smaku, przyznaję, takiese. Znaczy kawa dobra, chociaż nie taka, jak lubię najbardziej. Dla mnie kawa powinna być w smaku sucha i intensywna, tu mają łagodniejszą mieszankę, delikatniejszą i świeższą. Więc do americano niezazbytnio, ale do latte z miętą, myślę, nada się.

Więc następnego dnia – hipsterów nie było – zapytałem o syrop miętowy. Chłopiec barowy mówi oczywiście – niema. Na co ze stoliczka kawałek za barem zrywa się pani siedząca do tej pory przy laptopie (co się okazało później – w knajpie jest wajfaj, miło z jego strony) i mówi – no dziś nie ma, ale jutro będzie świeża mięta. No to myślę sobie – tu was mam, świeża mięta? Proszę bardzo!

Nie wyobrażałem sobie, żeby ktoś mi ze świeżej mięty zrobił dobre miętowe latte. I nie zaskoczyłem się, bo i nie zrobił. Ale muszę przyznać, co mnie ujęło, że następnego dnia pani od świeżej mięty starała się bardzo, parzyła miętę na kilka różnych sposobów, żeby miętowe latte wyszło takie, jak trzeba. Nie udało się, niestety. Miętowe latte nie było idealne, chociaż na ostatnie próby wybrzydzać już nie mogłem, miętę się czuło a listki nie właziły w zęby. Znaczy – prawie nie właziły. A jeszcze następnego dnia dowiedziałem się, że specjalnie dla mnie został zakupiony syrop miętowy i że mogę go sobie sam nalewać, jeśli chcę, bo wiem ile. To, przyznaję, rozczuliło mnie do głębi, bo z taką obsługą, że i się starają i chcą i kupują i pozwalają sobie samemu nalewać (nie skorzystałem, niech się męczą z doborem odpowiednich proporcji, a co), to się jeszcze nie spotkałem.

Więc miło.

Miłe też jedzenie, zwłaszcza tort bezowy o smakach różnych, ciasto imbirowe z zieloną herbatą (nie chwaląc się, powstało jako wstęp do realizacji wyzwania, które przed paniami postawiłem) i tosty. Porządne tosty – z prawdziwego chleba, nie tych pszenicznych kwadratów. Z boczkiem i syropem klonowym. Można zjeść i umrzeć, więcej do szczęścia nie trzeba. W ogóle jedzenia też jest dużo, robione tuż za barem, na miejscu. Ale nic więcej poza tostami z boczkiem i syropem klonowym oraz kilkoma ciastami nie jadłem, więc się nie wypowiadam (jeden pan się zachwycał zupą-krem z pieczarek chyba, ale nie wiem, to mogło być ustawione).

I nie ma alkoholu, ale będzie za kilka dni. Piwo i wino (będzie również – tu info dla kilku osób – gruzińskie). Wódki bez, dobrze.

Oraz są dwie właścicielki. Młode, inteligentne i odważne osoby, które zaryzykowały i zrobiły coś swojego, w dodatku coś naprawdę dobrego i wartego odwiedzenia. Przynajmniej raz. Chociaż na jednym razie raczej się nie skończy, nawet jeśli koncesja na alkohol jeszcze by się odwlekła. Bo i napoje (ponad dwadzieścia gatunków herbat do wyboru i genialny Ginger Spice – zaparzony świeży, pokrojony w cienkie plasterki korzeń imbiru, nie żadne tarte gówno, plastry cytryny, pomarańcz też może być, goździki, pyszne i bardzo miło rozgrzewające) i jedzenie i klimat wewnątrz, zwłaszcza, kiedy zlot hipsterów się skończył.

Więc jeśli Szanowne Państwo chce odwiedzić, to wystarczy przyjechać do Pruszkowa, wysiąść z pociągu i przejść na drugą stronę ulicy. To tam. A jeśli Szanowne Państwo jeszcze nie jest pewne, czy chce, to niech przeczyta rozmowę, na którą udało mi się dwie rzeczone właścicielki namówić.

Miał być typowy, krótki wywiad na zasadzie ja pytam, ty odpowiadasz. Przestał nim być już od pierwszego mojego pytania, a zaczęła się długa, ponad trzygodzinna fascynująca rozmowa o ambicji, odwadze i pasji.

 *   *   *

Przedstawiam więc Państwu Elę i Magda, dwie właścicielki Eskaem Cafe.

Ela i Magda - Eskaem Cafe

Niedawno opowiedziałem moim czytelnikom o miejscu, w którym teraz jesteśmy. Ale to była tylko moja bardzo subiektywna opinia, dlatego chciałbym, żebyście na początku wy opowiedziały – co zrobiłyście, gdzie jesteśmy, co to jest za miejsce, co chcecie tym miejscem dać ludziom, którzy tu przychodzą i będą przychodzić? 

Magda: Zacznijmy od tego, jak w ogóle doszło do tego, że otworzyłyśmy kawiarnię. Z Elą poznałyśmy się w liceum, później kontakt nam się trochę urwał, widywałyśmy się nie wiem, dwa razy do roku.

Ela: Głównie dlatego, że miałyśmy mało czasu. Poszłyśmy na zupełnie różne uczelnie, ja miałam strasznie dużo pracy, Magda też miała swoją pracę, w międzyczasie wyjeżdżała do Włoch, ale  tak w sumie ten kontakt, zawsze był jakiś tam.

M: Ale wtedy nie był jakiś tam super intensywny. Potem tak, potem widywałyśmy się średnio co trzy tygodnie. Na drugiej czy trzeciej kawie – siedziałyśmy zwykle w kawiarni w Podkowie Leśnej – mówię „a wiesz, jest taki fajny lokal, może wynajmiemy, może zrobimy kawiarnię”. Chociaż nie, nie tak było, ja opowiadałam, że chcę zrobić kawiarnię, Ela mówi „ooo, kawiarnię, fajnie. Ja też bym chciała”. Początkowo planowałam zrobić to z inną koleżanką. Ale mówię „naprawdę chcesz?” A ona – że tak. Więc mówię, że dobra, tylko się dopytam tej  koleżanki czy chce czy nie chce, czy się decyduje, bo taka była jeszcze nie do końca zdecydowana. No i w końcu powiedziała, że nie, że chyba nie bardzo. Zapytałam się, czy nie ma nic przeciwko, że ja to zrobię z kimś innym. I chyba w sumie sama nie wierzyła, że ja to zrobię. Dzwonię zatem do Eli wieczorem –  „to co otwieramy?” A ona – no a co z kasą i w ogóle? Na to jej mąż zażartował, że z kasą spoko, zaraz mi przeleje na moje konto. No i ja mówię – „no to super, zaklepane”.  Taka spontaniczna decyzja całkowicie. I potem przyjechaliśmy tutaj razem we czwórkę na miejsce obejrzeć lokal i dosłownie w ciągu dwóch dni się zdecydowaliśmy, bo właściciel już się zastanawiał, miał wyjechać na wakacje następnego dnia.

E: I miał jakichś chętnych jeszcze.

M: I mówi, że jak się nie decydujemy, to on jedzie na wakacje na dwa tygodnie i chyba w ogóle sobie daje spokój i sam tutaj zrobi piekarnię. No to się zdecydowałyśmy i już następnego dnia dałyśmy mu kaucję. Potem stanęłyśmy w tym pustym lokalu i mówimy: co teraz? I dopiero wtedy zaczęłyśmy układać całą resztę planu, też totalnie spontanicznie i na szybko. 

No właśnie – co dalej? Projektowałyście ten wystrój, czy to była bardziej wolnoamerykanka?

E: Nie, każdy detal jest zaprojektowany, przegadany między nami, ale wszystko projektowałyśmy same, nie miałyśmy żadnego projektanta wnętrz czy kogoś takiego.

M: Kartka papieru, tu będzie tak, tu tak, jak to widzisz, co o tym myślisz.

E: Tak, dobieranie wszystkiego, obrazy itd. Sukcesywnie. Każda z nas miała swoją wizję.

M: Ale i te wizje udało się na maksa połączyć.

Czyli to, że są takie wieszaczki za nami to nie dlatego, że „o, kupiłam takie wieszaczki, bo akurat takie były” tylko to też było dobierane, tak?

M: Takie drobne rzeczy nieraz już tak. Jeśli chodzi na przykład o oświetlenie, to wszystko było totalnie zaplanowane, obrazy były wszystkie wybierane w tej samej firmie, żeby sepia była identyczna, szukałyśmy długo fototapety, robiłyśmy na zamówienie kanapy więc te wszystkie większe rzeczy były zaplanowane w szczegółach.

E:  Wieszaczki akurat kupował mój mąż i też za każdym razem przysyła mms’a, że są takie, takie, takie i takie, i które ma wziąć.

Czyli nic przypadkowego tutaj nie ma?

E i M jednocześnie: Nie.

Więc wracając do tego, o co zapytałem – co chcecie dać tym miejscem, co to ma być za miejsce nie dla was, ale dla innych, którzy tu przychodzą? Już robiąc projekt zastanawiałyście się pewnie, dla kogo to robicie, jak się tu będą czuli ci ludzie.

M:  Tak, ale zmieniałyśmy to w ciągu dwóch tygodni.

E: Początkowo miała to być klasyczna kawiarnia, ale potem, w trakcie tworzenia – również z racji tego, że i wystrój nie jest  taki typowo kawiarniany – trochę zmieniłyśmy front. Wymyśliłyśmy, że to ma być bardziej klubokawiarnia – miejsce do spotkań towarzyskich, do przesiadywania, zjedzenia czegoś dobrego, napicia się.

M: My same na przykład nigdy nie miałyśmy się gdzie spotkać. Było tylko to jedno miejsce w Podkowie i żadnej alternatywy. I były takie momenty, i to nas wkurzało, że chciałyśmy pójść gdzie indziej – tam czasem osy fruwały i wpadały  nam do picia chociażby – ale zupełnie nie miałyśmy gdzie.

E: Na forach internetowych też dużo osób się wypowiadało, że Pruszków jest martwym miejscem jeśli chodzi o możliwość spotkań towarzyskich, więc uznałyśmy, że trzeba zrobić takie połączenie – i ciasteczko i kawka, czyli taka typowe oblicze kawiarniane, ale też impreza albo koncert, tak jak będziemy mieć teraz w lutym,  i miejsce na spotkanie, piwko czy wino.

M: I to był moment, w którym się zdecydowałyśmy, że na pewno musi być alkohol, bo z samej kawy to nie wyżyjemy tutaj, biorąc pod uwagę nawet metraż. Długo zastanawiałyśmy się jedynie nad tym, czy to ma być alkohol tylko do 18%, czy mocniejszy. Jest też tak, że początkowo planowałyśmy, że będziemy robiły przede wszystkim dużo ciast a do tego miało być kilka innych pozycji w menu. Ale zaczęli przychodzić ludzie i zamawiać dużo z kuchni ciepłej, więc sami nam pokazali, czego chcą i my idziemy w stronę tego, na co jest popyt, bo ciast na początku robiłyśmy po sześć różnych i to się tylko zsychało, więc wolimy zrobić ich mniej, ale żeby wszystkie zawsze były świeże. Chcemy żeby ludzie, którzy nas odwiedzają, przyzwyczaili się, że wybór jest mały, ale za to codziennie jest coś innego. Nie chcemy zanudzić naszych gości, wolimy, żeby przychodząc do nas pytali – o, co dzisiaj będzie?

I tak chyba właśnie jest?

E: Tak, to się nam udało.

M: Ale są też ludzie, którzy wchodzą, patrzą na ciasta i mówią „tylko tyle?” Więc mówię, że tak, tylko tyle. To jednak nie jest cukiernia.

E: Założyłyśmy, że na pewno nigdy nie będzie też u nas jedzenia typowo restauracyjnego, jak schabowy z ziemniakami i surówką. No przykro mi, to nie to miejsce.  I co ważne, nie zamykamy się tylko na jedną opcję, tylko na to, co na początku napisałyśmy w menu. Często robimy rotacje, zmieniamy dania.

Nie boicie się alkoholu?

E: Ja się trochę boję. Jestem osobą, która raczej nie pije a jeśli pije, to mało i trochę mam awersję do ludzi mocno pijanych, na pewno nie chciałabym, żeby się tutaj melina zrobiła. I dlatego byłam mocno przeciwna temu, żebyśmy sprzedawały wódkę, chociaż wiadomo, że piwem czy winem też można się upić.

A miałyście już jakieś przypadki, kiedy alkohol wprowadziłyście, mniej sympatyczne, że ktoś powiedzmy troszkę przesadził?

E: Na razie alkohol mamy od czwartku, od dwóch dni, więc na razie nie było problemu. Zobaczymy na pewno na imprezach, koncertach, jak to będzie wyglądać. Bo to jest zupełnie inaczej, jak się przychodzi z kimś usiąść na piwo a co innego, kiedy jest koncert i regularna impreza. 

Magda, skąd wzięła się u ciebie idea kawiarni?

M: Zupełnie niechcący. To był przypadek – pojechałam z tą drugą koleżanką do siebie na Mazury, siedzimy i ona w pewnym momencie mówi „ooo, fajne są takie puste lokale w Pruszkowie naprzeciwko PKP, dobrze by było tam może zrobić kawę na wynos”. Pomyślałam, że to jest w porządku pomysł – na wynos, do pociągu. Ale kiedy przyjechałam, poszłam tam i zobaczyłam, że ten lokal to jest 126m2, to powiedziałam „nie, to się nie nadaje na kawę na wynos, tylko trzeba zrobić po prostu knajpę”.

A wcześniej, jeszcze przed stwierdzeniem, że trzeba zrobić knajpę, wiedziałaś, że chcesz prowadzić jakiś biznes, mieć coś swojego?

M: Tak, już wcześniej, kiedy byłam w ciąży. Było dla mnie jasne, że nie wrócę do poprzedniej pracy, chociażby z tego względu, że dojeżdżałam po półtorej godziny w jedną i w drugą stronę, plus osiem godzin w pracy, to jest jedenaście godzin poza domem, no i gdzie ja niby z małym dzieckiem coś takiego zrobię? To raz. A dwa, to każdy chyba chce mieć swój biznes. To jest naturalne.

E: Ja na przykład zawsze myślałam, żeby zrobić własny biznes.

M: No i restauracja, gastronomia to jest coś, co kocham. Kocham gotować, ale tak samo lubię coś tworzyć dla innych. Restauracja, taka prawdziwa restauracja, to też było coś, co gdzieś mi siedziało w głowie, ale to już byłoby ogromne przedsięwzięcie i nie zrobiłabym tego, jako pierwszej rzeczy, może jeszcze kiedyś.

Ale jakiś biznes z jedzeniem, z piciem, zawsze gdzieś w głowach miałyście?

E: Tak, tak.

M: Zresztą wszyscy moi znajomi, kiedy przychodzili do mnie na imprezy, zawsze mówili, że powinnam coś otworzyć, jakiś catering czy coś w tym stylu.

Czyli to, że otworzyłyście akurat kawiarnię, to nie była decyzja czysto biznesowa, tylko coś, co w was zawsze siedziało?

M: Pasja.

A ty, Elu, też zawsze gotowałaś, skąd się u ciebie wzięło, że kawiarnia?

E: Po pierwsze – jeśli chodzi o własny biznes, to zawsze chciałam coś takiego zrobić, uważałam, że to jedyna opcja, żeby dla siebie i na swoje pracować, a nie gdzieś w jakiejś korporacji. Z tym, że u mnie, z racji mojego wykształcenia, przewijały się wcześniej trochę inne pomysły. Jestem chemikiem i bardziej myślałam, żeby zrobić coś w stronę leków czy kosmetyków, no ale to też jest bardzo duże przedsięwzięcie. Chociaż wciąż o tym myślę, żeby nawet na małą skalę zrobić produkcję własnych kosmetyków. Albo jakiś hotel czy Spa. Ale wszystkie te pomysły miały jedną wspólną cechę – dla ludzi, z ludźmi. Coś, w czym mogłabym się spełniać i w czym miałabym kontakt z innymi. A jeśli chodzi o samą kawiarnię, to jak Magda powiedziała – od razu podchwyciłam pomysł. Też strasznie lubię gotować, zresztą wszyscy się śmieją, że chemia to jest właśnie gotowanie, tylko w laboratorium.

A jak rodzina zareagowała na ten pomysł? Bo że mąż pozytywnie, to już wiemy, a inni? W Polsce wciąż przejawia się myślenie typu – jak zakłada firmę, to albo złodziej, albo naiwny złodziej, albo nie złodziej, ale i tak naiwny, bo wiadomo, że to się nie uda, że lepiej iść na ciepłą posadkę do gminy – 800zł dostaniesz, ale pewne, no i co ty w ogóle mówisz o pasji? Pasję to możesz uprawiać po pracy, zbierać znaczki na przykład. No i jeszcze jedno – jesteśmy w Pruszkowie, więc to też wchodzi w grę – żona jakiegoś mafiozo i musi prać pieniądzeJak rodzina zareagowała na informację, że właśnie otwierasz kawiarnię i jak całe twoje otoczenie, przyjaciele, znajomi do tego podeszli?

E: Mąż tak, jak powiedziałam. Bardzo pozytywnie, od razu podchwycił pomysł, mówił „wchodzę w to, jestem za, super”. No i to on mnie najbardziej uspokajał. Ja się zawsze stresuję aspektami finansowymi, jak to będzie, zawsze mam poczucie, że coś nie wyjdzie, co to będzie, kiedy władujemy, mówiąc brzydko, kasę a potem coś nie wypali i tak dalej i tak dalej. Mam bardzo przyziemne myślenie a mojemu mężowi przyświeca idea, że tym się w ogóle nie ma co przejmować, że pieniądze zawsze się znajdą i nie ma co się niepotrzebnie denerwować. Wiadomo, że trzeba oszacować mniej-więcej, jakie są szanse powodzenia jakiegoś przedsięwzięcia, żeby też od razu nie wyjść na tym jak Zabłocki na mydle, tak? Ale mąż jest taki, że jeśli chodzi o pieniądze, to uważa, że one zawsze się znajdą i nie ma co się tym przejmować. A jeśli chodzi o innych – moje obie siostry bardzo pozytywnie do tego podeszły, byłam nawet zdziwiona, bo myślałam, że będą bardziej w szoku, a one powiedziały tylko, że fajnie, bo będzie miejsce na imprezy. Natomiast rodzice zareagowali z większą rezerwą.

Ale odradzali, czy tylko mówili – uważaj, bo to, bo tamto, bo nie wiadomo?

E: Nie, moi rodzice są raczej tacy, że powiedzą twój wybór, teoretycznie się nie mieszają, aczkolwiek wiem, że nie do końca wszystko popierają.

M: Bo twój tata też jest chemikiem.

E: Nie, mój tata akurat chemikiem nie jest.

M: To kim jest?

E:  Metalurgiem, to takie pomieszanie fizyki, chemii. Czyli tak, jak ja jest naukowcem i tak, jak ja – na Politechnice Warszawskiej. Jestem jego najmłodszą córką i jako jedyna poszłam w stronę ścisłą, więc tata zawsze był dumny, że jestem na uczelni, że robię doktorat, że idę w jego ślady. I uważał, że to jest jedyna słuszna droga. I kiedy usłyszał, że otwieram kawiarnię, to się po prostu przestraszył, że rzucę naukę i poświęcę się tylko temu.

Bo ty oprócz tego, że prowadzisz kawiarnię, to jeszcze pracujesz, tak?

E: Pracuję – robię teraz doktorat, jestem na studiach doktoranckich na chemii na PW a oprócz tego jestem tutaj.

I ogarniasz to jakoś? Dom, studia i kawiarnię? Da się to w ogóle ogarnąć? Pytam w imieniu ludzi, którzy też mają jakiś pomysł, chcą coś zrobić, ale boją się, że nie pogodzą wszystkiego ze sobą.

E: No, jakoś się da. W tym tygodniu na przykład [śmiech] było dosyć ciężko, bo wygląda to tak, że rano jestem tutaj, potem jadę na uczelnię i wychodzę po 22. W ostatni czwartek wyszłam jeszcze później, po północy. No ale to zależy, nad czym akurat pracuję. Byłam w takiej fazie moich badań, że nie mogłam przerwać, zostawić i pójść do domu, tylko musiałam zrobić całość do końca. To zależy, jeżeli na przykład robię swoje pomiary, to jestem bardziej elastyczna – mogę przerwać, mogę zrobić coś następnego dnia. Więc da się to pogodzić.

Zapytałem już Eli, ciebie przez chwilę nie było, więc powtórzę pytanie – jak całe Twoje otoczenie – rodzina, przyjaciele, znajomi, podeszli do twojego pomysłu, jak zareagowali, kiedy powiedziałaś „słuchajcie, otwieram knajpę”?

M: Jeśli chodzi o rodzinę, to mój tata od zawsze mówił „ty musisz mieć coś swojego, masz taki sam charakter, jak ja i na pewno czego nie dotkniesz, to wszystko będzie super”. Tata mnie tak na maksa podbudowywał, wręcz mnie pchał w tę stronę.  Ja mówiłam „taak, jasne, mam małe dziecko, ciekawe jak ja to zrobię”. To było mega ciężkie i w sumie nadal jest. Wygląda to wszystko tak, że jestem w domu do 14, czekam aż Darek, mój mąż, wróci z pracy. Darek wraca i zostaje z Maliną, więc my się praktycznie w ogóle nie widujemy, mamy po prostu szychty. I nie jest też tak, że jak ja tu jestem 12. czy 14. godzin a kiedy wracam do domu, to mogę się położyć i odpocząć. Trzy razy jeszcze w nocy muszę wstać, o 5. rano mam pobudkę niezależnie od wszystkiego i nie mogę sobie po prostu rozciągnąć nóg i usiąść, tylko jestem z dzieckiem. I po trzech miesiącach otwierania kawiarni i bycia tutaj po 16. godzin – w domu też nie mogłam sobie po prostu kimki złapać, usiąść i odpocząć – byłam mega wycieńczona. Potem mieliśmy dwa dni świąt wolnego i to wszystko. A teraz jest po prostu kocioł, pracujemy tutaj po siedem dni w tygodniu więc pod tym względem jest potwornie ciężko, ale wydaje mi się, że nie byłoby drugiego takiego momentu, żebym się nie bała tak zostawić pracy, w taki sposób, że rzucam wszystko i wchodzę w zupełnie nowy etap. Wiedziałam, że jeżeli gdzieś się zatrudnię, to już może potem być ciężko, żebym się zdecydowała. Zresztą wiedziałam też, że to jest takie miejsce, jakie chciałam – blisko domu, idealna lokalizacja. I gdyby nie było tego miejsca, to nie wiem, czy bym się odważyła.

A znajomi? Nie mówili ci – no słuchaj, no bo wiesz… bo to, bo tamto?

M: Ze znajomymi to ja nawet nie miałam czasu wcześniej porozmawiać, pogadałam z nimi tak naprawdę dopiero na takim naszym nieoficjalnym otwarciu… Niektórzy z nich byli w szoku, szczególnie jak weszli, na zasadzie – Jezu, jakie to jest wielkie.

E: Bo większość osób nawet jak słyszało, że mamy taki projekt, to myślę, że nie wierzyli, że to powstanie, że w ogóle damy radę.

M: Myśleli, że tak sobie coś tam robimy.

Że to takie dłubanie?

M: Dokładnie, że coś tam sobie dłubiemy, ale że to się skończy gdzieś w jednej trzeciej. I jak za każdym razem tutaj ktoś wchodził, to było Jesus Maria, jakie to jest wielkie.

Ale nie spotkałyście się z jakimiś totalnie negatywnymi akcjami?

E: No jak mówiłam, moi rodzice z większą rezerwą podchodzili do pomysłu, ale to wynikało z tego, że mój tata miał trochę inne aspiracje co do mnie a mama miała obawy związane z faktem, że to jest Pruszków. To jest miejsce bardzo stereotypowe, wiadomo pod jakim względem. I pytali, czy to jest bezpieczne, czy będzie jakaś ochrona, ale tak naprawdę to wspierali, byli za, teściowie też jak najbardziej pomogli i od razu podchwycili.

M: Były głosy sceptyczne,  na przykład moja babcia mówiła, że po co mi to, że lepiej pójść gdzieś, gdzie jest bezpiecznie, gdzie jest wypłata co miesiąc. Ale takich głosów nie słuchałam w ogóle.

E: A ja się nie spotkałam z takim totalnie negatywnym podejściem.

M: Poza tym nikt chyba nie miał nawet odwagi otwarcie skrytykować.

Pytam, bo wiem po sobie i po swoich znajomych, kiedy się rozmawia – a co robisz, gdzie pracujesz – no ja pracuję tu, ja tam, a ja mam swoje coś tam, mam na przykład swoją agencję nieruchomości i bywa tak, nikt tego nie powie wprost, ale kiedy ktoś ma firmę i nie daj Boże zacznie na tym zarabiać pieniądze, to wtedy jest wiecie, jak – albo złodziej, albo kanciarz, albo – jesteśmy w Pruszkowie – może jeszcze pralnia pieniędzy.

M: No ja myślę, że moi znajomi, którzy mnie znają, to nie dolepią mi akurat takiej łatki. Raczej będą głosy, że ja to zawdzięczam rodzicom. Na zasadzie, że ja nie doszłam do tego sama, bo pieniądze na to pożyczyłam. Nie miałam własnych pieniędzy fizycznie, ale skąd je niby miałam mieć? Więc bardziej w tę stronę, że ona to otworzyła, każdy by mógł, że to tylko kwestia pieniędzy. Z tym mogę się spotkać i na to jestem gotowa, bo w sumie całe życie to słyszę. Tylko, że te pieniądze, które pożyczyłam, muszę oddać. Wiem, że akurat mój tata absolutnie tego nie oczekuje! To raczej moje wewnętrzne poczucie, że to jest dług. Ale i tak słyszę – że mam lepiej, bo mi ma kto pomóc. I w sumie poniekąd jest to prawda. Z tym, że nie bardzo da się zrezygnować z takiego zaplecza. Mogliśmy jeszcze wziąć kredyt, tylko jeden już mamy i kolejnego moglibyśmy nie dostać. Musieliśmy po prostu zapożyczyć się u czterech czy pięciu osób i teraz powoli im to spłacamy. U brata mojego męża, u koleżanki, u mojego taty. Pożyczaliśmy na to pieniądze wszędzie, gdzie tylko mogliśmy i też trzeba brać pod uwagę to, że to jest ryzyko i myśmy to zrobili mega się bojąc, teraz jesteśmy z miesiąca na miesiąc w totalnie trudnej sytuacji, mamy dziecko, jesteśmy za nie odpowiedzialni, mamy opłaty i tak dalej a tak naprawdę jeszcze nie wiadomo, co z tego będzie. To nie jest tak, że wystarczy skądś tam wziąć kasę i wszystko idzie jak z płatka. Dla mnie takie podejście na pewno jest krzywdzące i z tym na pewno się spotkamy. I ja wiem że taka zawiść – o, oni sobie otworzyli – może się pojawić. Ale dla mnie trafne jest powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się nie w biedzie, tylko w szczęściu. W biedzie to wszyscy przyjdą i będą się z tobą solidaryzować, bo to fajne, kiedy się komuś nie wiedzie. A jak ci się uda, to od razu jest ból. Nie wiem, my w ogóle jesteśmy wyłączeni trochę z życia towarzyskiego przez ostatnie kilka miesięcy, od sierpnia, więc oprócz tego, co usłyszeliśmy na otwarciu, jakieś pochwały, nie wiem na ile szczere , to widzieliśmy się tylko z garstką najbliższych, którzy przyjechali nas tu odwiedzić, no i ich reakcje były bardzo pozytywne.

Wy się otworzyłyście w listopadzie, tak?

M: Otworzyłyśmy 15. grudnia, więc właśnie minął miesiąc.

I po tym miesiącu jak? Wyglądał tak, jak sobie planowałyście, czy lepiej czy gorzej?

M: Niezależnie od wszystkiego, uważam, że było warto. Przez te ostatnie trzy miesiące nauczyłyśmy się przeogromnie dużo. Poza tym dla mnie samej warto było w końcu zdobyć się na odwagę, bo dzięki temu wiem, że teraz będę mogła się odważyć na mnóstwo innych rzeczy, bo wcześniej byłam taka przyczajona i bałam się pójść w tę stronę. Zawsze marzyłam i wiedziałam, że kiedyś w końcu trzeba się wziąć w garść i zacząć to marzenie realizować więc myślę, że nawet gdyby nam to nie poszło, to nie ma co się poddawać. Ale bardzo ciężko jest coś powiedzieć po pierwszym miesiącu. Ja jestem zadowolona. Cały czas mówiłyśmy sobie z Elą, że dajemy sobie czas przynajmniej do kwietnia, żeby się zaczęło na tyle kręcić, żebyśmy mogły z tego zapłacić czynsz i pensje pracowników, a wszystko wskazuje na to, że będzie to szybciej. Więc uważam, ze jest ok. Fakt, popłynęłyśmy trochę i teraz ciężko jest nam złapać płynność finansową, mega ciężko, więc na pewno do tego kwietnia będziemy jechać na oparach, praktycznie głodówka, ale pomimo tego jest pozytywnie.

Więc to, że macie swoją kawiarnię, to wcale nie znaczy, że od razu po miesiącu macie nie wiadomo jakie pieniądze?

M: Nie, absolutnie. Jest tak – ja sobie kompletnie teraz nic nie mogę kupić, nie mogę iść do fryzjera, w zasadzie muszę cały czas pożyczać kasę, żeby chociaż móc za dom zapłacić, na razie jest totalnie kiepsko i absolutnie to tak nie wygląda. Poza tym pracujemy po siedem dni w tygodniu, niech będzie, że po dziesięć godzin dziennie. I ktoś, kto tak pracuje, to na ogół liczy na wypłatę. A my długo na pewno jeszcze nie będziemy na nią liczyły. Więc na razie jest to trochę praca charytatywna i mega ciężka, bo wszystko robimy same, wszystko sprzątamy, gotujemy. Nie jest tak, że tylko sobie tutaj siedzimy. Do tego mamy całe zaplecze, typu księgowość, wszystkie sprawy organizacyjne, wszystkie zamówienia, miliard rzeczy po prostu. Mi głowa puchnie, tylko siedzę i zapisuję, to zdecydowanie nie jest proste ani lekkie.

Ale zatrudniacie przecież pracowników.

M: Teraz zatrudniamy tak naprawdę jedną osobę..

Jesteście dobrymi pracodawcami, dajecie umowy o pracę czy te tak zwane śmieciowe?

M: My robimy tak, jak chce pracownik. Spytałyśmy się, jaką sobie życzy umowę i robimy to wszystko pod pracownika. Warunki uzgadniamy na rozmowie kwalifikacyjnej, więc pod tym względem chyba jesteśmy ok. Najlepiej byłoby się pracownika zapytać.

Jesteście młode, jesteście inteligentne i jesteście również – nie ukrywając – ładne. Czy spotkałyście się z takimi sytuacjami, że – mówiąc obrazowo – jakiś klient nie tylko zamawiał u was kawę, ale też chciał którąś z was na tę kawę zapraszać?

E: Nie, ja jeszcze nie.

Czyli nie działy się jeszcze jakieś niesympatyczne, chociaż wcale niekoniecznie, bo to nieraz może być całkiem sympatyczne, ale takie bardziej dwuznaczne próby nawiązania jakiegoś kontaktu z wami?

E: Na razie nie, i mówiąc szczerze również z tego względu od razu na wstępie powiedziałam, że chcę zatrudnić chłopaków, żeby nie było tak, że jesteśmy same dziewczyny. Żeby też klienci  nie widzieli, że są same dziewczyny. Bo to są chociażby względy bezpieczeństwa – kiedy ktoś zacznie rozrabiać, kiedy większa ilość alkoholu wchodzi w grę to też zupełnie inaczej wygląda, mimo, że nasi mężowie się tu kręcą, co widać. Mówiąc szczerze, do tej pory nie spotkałam się jeszcze z czymś takim. Przychodzą ludzie, są sympatyczni, jedni bardziej się uśmiechają, drudzy mniej ale nigdy nie było żadnych dwuznacznych historii.

M: Ja też nie. No i przykro mi się teraz przez to zrobiło.

E: Czekaj, alkohol zrobi swoje.

M: Ale to myślisz, że tylko po pijaku nas będą zapraszać?

E: Wiesz, bariera, śmiałość.

M: Był tylko jeden mega pijany pan i gadał głupoty, ale on już ledwo stał na nogach.

E: Ja miałam tylko takie sytuacje, że osoby, które przychodzą tutaj coś załatwić, to patrzą na mnie i biorą mnie za taką głupią gówniarę. Nie wiem, jak to ująć, spojrzą od góry do dołu – szefostwa nie ma?  A jak mówisz, że to właśnie ty, to nie ma, że „ale jak to”?

Wyobraźmy sobie jakiegoś młodego człowieka. Wy pieniądze na kawiarnię pożyczyłyście od znajomych. Więc weźmy młodego człowieka, który ma jakieś tam pieniądze, bądź ma możliwość je czy pożyczyć od kogoś, wziąć kredyt czy coś. Do tego trzeba jeszcze dodać pasję i chęć zrobienia czegoś.

M: Do tego na pewno trzeba też dodać dużo wytrwałości i cierpliwości. I szykować się na ogrom pracy nie kończącej się. Niektórym się wydaje, że to jest na zasadzie – wydamy i zaraz się zwróci. Nie, to się trzeba nachetać i nie można się poddać ani przez moment.

No to załóżmy, że mamy takiego człowieka i on sobie wymyśla jakiś tam biznes. Na co on musi na etapie planowania i podejmowania ostatecznej decyzji „wchodzę – nie wchodzę” zwracać uwagę? Wiadomo, że nie wszystko da się rozpisać w Excelu, więc gdzie postawić barierę między gołymi cyferkami a tym, co się ma w głowie, w sercu? Jak to wypośrodkować?

M: W momencie, kiedy my powiedziałyśmy „a” i wydałyśmy jakieś tam pierwsze pieniądze, powiedzmy 5 000, to już musiałyśmy powiedzieć „b”, bo już nawet tych pieniędzy nie należy stracić. Myśmy założyły, że robimy wszystko jak najniższym kosztem. Same malowałyśmy ściany, mężowie nam pomagali wszystko skręcać, robiłyśmy wszystko, oprócz tego, że nie potrafiłyśmy wymurować ściany i to robił mój wujek a elektrykę znajomi elektrycy itp. Więc wszystko, co się dało, zrobiłyśmy jak najniższym kosztem. A druga sprawa właśnie taka, że temu, co się robi trzeba oddać serce i zrobić coś wyjątkowego. Bo nie można zrobić kolejnego identycznego miejsca, trzeba wciąż szukać.

Więc nie patrzmy tylko na cyferki, które też są oczywiście ważne, ale…

M: Myśmy od cyferek zaczęły. Od tego, że usiadłyśmy i rzuciłam kwotę, w której się powinnyśmy zmieścić. Pozliczałam – farba będzie kosztować tyle, ściany będą kosztować tyle, hydraulicy tyle i elektrycy tyle. Wszystko pozliczałyśmy, trzeba było wziąć pod uwagę koszty, których nie jesteśmy w stanie policzyć i w sumie policzyłyśmy to nieźle.

 Macie już plan na to, żeby otwierać kolejne takie kawiarnie? Czy to ma być tylko ta jedna, takie wasze stałe miejsce?

M: Byłoby fajnie, gdybyśmy mogły jeszcze otworzyć drugą i myślimy o tym, że gdyby miała być druga, to żeby też była na trasie SKM’ki, żeby była ta sama nazwa itd. Jesteśmy we dwie, więc mogłybyśmy przełożyć to doświadczenie, ułożyć tę jedną a drugą ułożyć na wzór tej. To są kolejne marzenia. A może byłaby druga, ale inna, bardziej w stylu Hard Rock Cafe. Zobaczymy, na razie nie ma co łapać stu srok za ogon, musimy się odbić od dna i doprowadzić to do takiego momentu, w którym to zacznie funkcjonować tak, żeby to był też sukces ekonomiczny a nie tylko miłe miejsce. Nie ma co ukrywać, że musi się to z tym wiązać, bo nie możemy też non-stop siedzieć tutaj wyłącznie charytatywnie.

A załóżmy kiepskie rozwiązanie, że w kwietniu okazuje się, że wam nie wyszło. Będziecie czuły, że przegrałyście, czy po prostu, że to kolejne doświadczenie?

M: Trzeba patrzeć też z miesiąca na miesiąc. Nie jest tak, że kwiecień to taki sztywny deadline.

No ale kwiecień to taki przykład. Załóżmy, że w jakimś miesiącu stwierdzacie – nie, zamykamy to, nie przynosi to kasy, nie przynosi to wyniku.

M: W ogóle nie dopuszczam do siebie na razie takich myśli. Nie można w taki sposób myśleć, bo to jest wtedy myślenie życzeniowe. Nie dopuszczam czegoś takiego, raczej myślę z miesiąca na miesiąc, trzeba sprawdzać, co się dzieje a jak coś nie gra, to robimy tak, żeby grało. I to jest możliwe, nie ma czegoś takiego, czego się zrobić nie da.

Inaczej – załóżmy, że wszystko jest niby tak, jak być powinno, wszystko gra, tylko na koniec się cyferki w Excelu nie zgadzają, co wtedy?

M: Na dzień dzisiejszy wydaje mi się, że się zgodzą. W tym punkcie widzę, że możemy na tym zarabiać nawet mało, ale jednak coś zarobimy. I nawet dla jakichś śmiesznie małych pieniędzy warto by było mieć coś swojego, a nie pracować u kogoś, więc wydaje mi się, że szybko nie odpuścimy. Ale dobrze, już tak myśląc, to jeśli tak się stanie, to trzeba wynieść z tego jakąś naukę i próbować dalej, no bo niby czemu nie? Jest przecież masa takich ludzi, którym za pierwszym razem nie wyszło, ale czegoś się nauczyli i mówią – dobra, to nie popełnimy następnym razem tych, tych czy tych błędów i idziemy dalej. No, ale ja generalnie jestem optymistką i realistką. Twardo stąpam po ziemi, wszystko liczę, nie działam na zasadzie, że jakoś to będzie, jestem taka poukładana mocno, ale też jestem mega ambitna, więc myślę, że długo nie odpuścimy.

Kończąc – jak myślicie, co jest w tym miejscu takiego, że w tak szybkim czasie zrobiło się i wciąż powiększa stałe grono klientów, co widać i po zajętych stolikach i chociażby po ilości lajków na FB?

M: Tu, w Pruszkowie, nie ma alternatywy. I ważny jest też klimat, który stworzyłyśmy. Tutaj jest przytulnie po prostu. Sama tu lubię siedzieć. Patrzę przez taki pryzmat, że to nam się podoba. Nasi znajomi też to ocenili pozytywnie. No i ja widzę, że tu jest po prostu fajnie, nie krygując się zupełnie, tu jest po prostu fajnie posiedzieć. Z punktu czysto biznesowego, to fakt, że mi się nie opłaca, żeby ktoś usiadł i przy jednej kawie siedział dziesięć godzin i zajmował stolik, ale lubię taką leniwość, podoba mi się, że to nie jest tak, ze dobra, następny proszę. I zmywamy i następny. Myśmy trochę się zastanawiały przy biznesplanie, czy chcemy taką wizję utrzymać, czy nie chcemy może bardziej na zasadzie – jedzenie, zjadasz i wychodzisz. I to by nam się bardziej opłacało. Ale po pierwsze nie chcę mieć na zapleczu dziesięciu osób, gotowania, wydawania potraw itd. Mi się podoba ta leniwość, dlatego zrobiłyśmy dużo małych stolików, żeby jednak ci ludzie mogli po kilka godzin tutaj przesiedzieć i żeby ich się na tyle dużo zmieściło, żeby w ciągu dwunastu godzin ich przyszło na tyle dużo, żeby jednak mi to wyszło dobrze na koniec w bilansie. Podoba mi się ten chillout w tle, że jest na czarno, z drewnem w tle, nie lubię zbyt jasnych kolorów, zbyt dużej nowoczesności.

E: Poza tym w większości takie miejsca, a zwłaszcza sieciówki, są strasznie bezosobowe. Idziesz do knajpy, zazwyczaj masz to samo menu, te same pozycje, obsługa bezosobowa, właściciela się nie widuje, bo jeśli to jest jakaś franczyza, to właściciel bierze kasę i nie przychodzi.

M: Więc po pierwsze – nie ma tutaj takich miejsc. Po drugie, nie jest nudno. Nie będzie tak, że kawa i koniec. Jest już wino, jest piwo. Są już jedne przekąski, będą drugie, będą imprezy, będą koncerty. Ktoś chce film – ok, puścimy film. Więc cały czas będzie się tutaj coś działo, będzie rozrywka, nie tylko kawa. Bardzo nam zależy, żeby się tutaj dużo działo. No i jest jedna rzecz, która bardzo mi się podoba, a której nie da się osiągnąć w żadnym dużym mieście, chociażby w Warszawie. Przez konkurencję i przez to, że w Warszawie ludzie się dużo szybciej rozchodzą, śpieszą się i znacznie mniej przywiązują do swojego miejsca. Mega mi się podoba, że ludzie się tak angażują. Na przykład mówią – puśćcie film. Strasznie podoba mi się taka inicjatywa, interakcja z ludźmi. Oni mi piszą wieczorem  krakersy – dobra, mogą być krakersy, ciach! Jakie chcecie ciasto? – takie, fajnie, ciach! Co chcecie jutro zjeść? – super, będzie, ciach! Chcecie film? Dobra, oglądamy razem film. Zrobimy popcorn, zrobimy colę, to jest mega fajne.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


− 6 = zero

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *

1 320 576 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony