Jestes tutaj: Home » FILM » Przyszłość spotyka przeszłość w teraźniejszości

Przyszłość spotyka przeszłość w teraźniejszości

Całkiem skomplikowany tytuł prawda? Odnosi się on ściśle do terminu podróży w czasie, które to w świecie filmu odnajdywały swe miejsce wielokrotnie. Pośrednio – jak na przykład w Terminatorze Camerona, czy jako główna podstawa fabularna – Powrót do przeszłości czy The Time Machine to idealne exempla.

Temat to nadal bardzo chwytliwy, zmiana wymiaru za pomocą potężnej machiny nadal ostro działa na wyobraźnię. Coraz to nowe doniesienia ze świata nauki, jak chociażby próby obalenia teorii Einsteina, pozwalają wierzyć ludziom, że kiedyś fikcja stanie się rzeczywistością, a oni będą mogli odwiedzić samych siebie za czasów dzieciństwa. No właśnie, co z kwestią bytowania swojego fizycznego alter ego w innym wymiarze? Czy dwoje tych samych ludzi w jednym miejscu może wywołać jakieś konsekwencje? Te trudne pytania są niejako podstawą scenariusza filmu Looper – Pętla czasu, ale czy obraz Riana Johnson’a w pełni na nie odpowiada?

Jest rok 2072. Ameryka. Mafijni gangsterzy przeszli właśnie na kolejny poziom wyrafinowanych egzekucji niewygodnych osób. Betonowe buty to przeżytek, delikwent jest krępowany, na jego głowie pojawia się dezorientujący worek, a na plecach sztabki drogocennego srebra. Czy muszę dodawać, że jest wysyłany do przeszłości gdzie momentalnie, zaraz po pojawieniu zostaje zabity przez wynajętego egzekutora? Przecież to takie oczywiste! Świetny pomysł, który początkowo mną wstrząsnął i w zasadzie trzymał za gardło do samego końca. Zabójcy – tytułowi looperzy – pojawiają się o wyznaczonej godzinie z giwerą w ręku, w akompaniamencie ciszy i spokoju, gdzieś na wiejskich obrzeżach miasta. Wszystko jest przygotowane, tu nie ma miejsca na błąd, zawahanie. Godzina zero, strzał, zabranie waluty, posprzątanie po sobie. Jest jednak jeden szkopuł, który szybko daje się we znaki, najpierw przyjacielowi głównego bohatera, a potem jemu samemu. Bo co zrobilibyście w przypadku zlecenia zabicia samego siebie?

Wybitnie trudna sytuacja. Jest ona jedynie zalążkiem, impulsem, który napędza fabułę jak wysokiej klasy silnik mechaniczny. Innego poziomu nie prezentował scenarzysta, który w sposób wzorowy poprowadził historię, na przemian mieszając ją i wyjaśniając. Brawo za zmuszenie widza do myślenia, sam dochodziłem drogą dedukcyjną do pewnych wniosków w czasie seansu, co było świetną zabawą. Inteligentną zabawą! To w dzisiejszym kinie – mimo wszystko – rzadkość, tak więc ukłon do samej podłogi dla twórców. Sam finał natomiast mimo niebezpośredniego wyjaśnienia, zostawia furtkę do głębszych przemyśleń. Na te ostatnie mocno zebrało mi się gdy patrzyłem na Josepha Gordon’a-Levitt’a, a w głowie pojawiało się nagminnie słowo „jak?!”.

Jak dokonali oni takiej charakteryzacji?! Z oczywistych racji Levitt musiał przypominać Bruce’a Willis’a i – o zgrozo – przypominał! Oscarowe ucharakteryzowanie bohatera, zdecydowanie. Pewny tego, że dzieła dokonały sposoby cyfrowe doczytałem, że kanwą była praca rąk ludzkich, co jeszcze bardziej mnie zszokowało. Wisienką na torcie mogę uznać to, że młody jeszcze aktor, spisał się wspaniale jeśli chodzi o upodobnienie osobowe. Zachowania, gesty, sposób mówienia, ta charakterystyczna dla kultowego Johna McClane’a oziębłość, wszystko na swoim miejscu. Starszy kolega z planu miał więc ułatwione zadanie, grał samego siebie, rola była dla niego i to widać, bo spisał się bardzo dobrze. Tym samym jednak nie zwrócił na siebie takiej uwagi jak Levitt. Bo to „tylko” stary, dobry Bruce Willis. Co z resztą obsady? Gorsze i lepsze role, zaskoczył mnie Pierce Gagnon, kilkuletni chłopczyk, który celująco  zaprezentował swoją, niełatwą do zagrania, postać. Natomiast zawiodłem się srogo na postaci Abe’a (Jeff Daniels) – który pretendował do miana „głównego złego”, a prezentował poziom „dobrego ojca, który za karę da lekkiego klapsa”. Strasznie słabo zarysowana postać, wszyscy się go bali, lecz do końca nie dowiedziałem się dlaczego. A szkoda, bo gdyby ekipa popracowała nad nim, charakterologicznie, dostałbym film w swoim gatunku niemal idealny. Jeśli już przy wadach jesteśmy…

W oczy rzuca się dość mały budżet. Odciska się na średnich efektach specjalnych, które w scenach minimalistycznych, jak przenoszenie się w czasie, owszem pasują (ba! to najlepszy, najbardziej wiarygodny efekt przenoszenia w czasie jaki widziałem, bez zbędnych fajerwerków), lecz gdy trzeba było ukazać bardziej skomplikowane sytuacje, wieje sztucznością. Nie jest to jakaś wielka wada, ale dla wizualnych purystów, przyzwyczajonych do wielomilionowych molochów (jak np. The Avengers), Looper – Pętla czasu może okazać się filmem tylko, pod tym względem, poprawnym. Na szczęście wykreowany świat, montaż, udźwiękowienie to już najwyższa półka. Skutecznie tuszują one powyższe braki. Charakterystyka, tym razem w kwestiach bardziej technicznych, znów przedstawia bardzo wysoki poziom. Wspomniałem o klimacie? Nie? Ten od początku do końca przesiąknięty jest specyficznym „feelingiem” klasycznego podejścia do science fiction. Mój „klimato-wyczuwalny” nos czuję tu Łowcę Androidów, Terminatora, 12 Małp, czyli same tuzy gatunku, które go definiują. Czy podobnie będzie z filmem Riana Johnson’a? Mam nadzieje, bo w tej dekadzie, obok Incepcji jest to póki co najmocniejszy przedstawiciel kina futurystycznego. Zakrapiany czernią noir, gdzie nikt nie jest dobry, a nikt zły tworzy obraz inteligentny, widowiskowy, wciągający, zaskakujący. Czego chcieć więcej? No może innego Abe’a … DO KINA MARSZ!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


dziewięć × 2 =

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *

1 314 632 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony