Jestes tutaj: Home » MUZYKA » Piękne rzeczy Mario Frangoulisa

Piękne rzeczy Mario Frangoulisa

Spojrzałam na okładkę płyty Mario Frangoulisa „Beautiful Things” i pomyślałam, że oto mam przed sobą przeprawę przez piekło stworzone przez naśladowcę Enrique Iglesiasa. Mario taki wymuskany, tytuł taki naiwny… Przeczesałam tracklistę w poszukiwaniu czegoś, czego nazwa nie będzie przywodziła na myśl brazylijskiego serialu. Jest. „La fine di un addio”. Też rzewny tytuł, ale przynajmniej po włosku. Play. Oto historia o tym, jak grecki tenor przeniósł mnie do innego wymiaru.

Podobno w Grecji kryzys. Jeśli w czasach kryzysu tworzy się taki pop, to ja sobie kryzysu życzę w całej  europie. W Polskim słowniku chyba nie istnieje nazwa na gatunek muzyczny, który uprawia Mario Frangoulis. Uprawia to tutaj zresztą złe słowo, bo nie jest rzemieślnikiem, a prawdziwym artystą. Który zresztą swój talent szlifował przez całe życie z zaangażowaniem godnym najlepszych jubilerów. W kraju nad Wisłą czas talentów pokroju Frangoulisa zgasł razem z Violettą Villas. Możemy jeszcze liczyć na Jacka Wójcickiego, ale to już nie to samo. Zresztą nie ma się co dziwić, bo zwyczaj wnoszenia opery pod strzechy nie rozwinął się u nas nigdy na taką skalę jak we Włoszech, czy Grecji. Na szczęście jest Mario.

Śpiewa od dziecka, po włosku, francusku, angielsku, hiszpańsku i, rzecz jasna, po grecku. Wszystkimi pięcioma językami mówi płynnie. Na albumie „Beautiful Things” można znaleźć wykonane we wszystkich poza tym ostatnim. Karierę rozpoczął w wieku ośmiu lat. Uzyskał stypendium im. Marii Callas, co otworzyło mu drzwi najlepszych uczelni muzycznych w Europie. Gościł na deskach mediolańskiej La Scali, śpiewał dla księżnej Diany, jego występ uświetnił otwarcie Igrzysk Olimpijskich w Grecji. Ma na koncie jedenaście solowych albumów.

Treść tego ostatniego, „Beautiful Things”, wydanego przez Sony BMG w 2011, jest w stu procentach zgodna z tytułem. Uświadamia każdemu, kto zechce po niego sięgnąć, że rzeczy piękne są proste, dobrze zaśpiewane, z nieskomplikowanym tekstem. Mogła bym dorzucić jeszcze kilka subiektywnych argumentów o tym, że im więcej włoskiego, tym ładniej, ale nie muszę, bo na płycie Frangoulisa jest wiele momentów, które mogą szczególnie wpasować się w gust odbiorcy. Trzeba zwyczajnie znać się na swojej pracy, żeby w niecałą godzinę zmieścić na płycie wszystkie nastroje, w dodatku w najbardziej popularnych językach świata.

„Beautiful Things” buduje atmosferę, której doświadcza się w święta. Coś między siedzeniem na kanapie przed kominkiem z kubkiem gorącego kakao, a zimowym spacerem w iskrzącym śniegu. Do szczególnie zapadających w pamięć utworów zaliczają się dla mnie włosko-angielski „Because we believe” i dynamiczny „Rojo Violento” wykonany w duecie z Alkistis Protopsalti – coś hiszpańskiego, coś greckiego. Coś pięknego.

Przesłuchując płytę po raz trzeci znalazłam nazwę gatunku. Z tym, że hasło „pop operowy” brzmi jakby trochę kiczowato. Mario Frangoulis –  absolutnie nie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


8 × pięć =

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *

1 319 857 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony