Jestes tutaj: Home » MISZ MASZ » Z listów paramiłosnych – o pisaniu

Z listów paramiłosnych – o pisaniu

Do Ciebie,

gdy

cisza za zamkniętymi drzwiami, pod wełnianym kocem, z zapachem maczanych w herbacie maślanych herbatników, przy miękkim, żółtawym świetle lampy. Czas ciągnie się jak podgrzany nugat, słodka woń upaja, zamyka oczy. Tylko klawisze stukają nieśmiało – przyspieszają, zwalniają, milkną – w kolejnej próbie zaspokojenia rozpaczliwej potrzeby nadania emocjom kształtu słów.

To, co nazwane, jest bliższe, bardziej zrozumiałe, więc poszukiwanie odpowiednich określeń odbywa się w sposób gorączkowy, a jego ewentualne niepowodzenie wzbudza irytację. Jednak jeśli ulotna wiązka myśli pozwoli zamknąć się w zdaniu, jeśli to zdanie rozbrzmi czystym jej dźwiękiem – powietrze tężeje, barwy cienia oddzielają się od siebie, odważną kreską zaznacza się faktura skóry palca. Kartka jest czysta, w odcieniu nieskalanej bieli, papierowy splot tworzy regularną miniaturową kratę o wypukłościach niewyczuwalnych najlżejszym dotykiem, a wyraźnych przy blasku światła, które ujawnia delikatność cienkiego materiału z czterech stron zakończonego ostrą krawędzią. Kartki należy spróbować. Kartkę należy powąchać. Niewyczerpalny jest zasób słów mogących kartkę odtworzyć, opis kartki mógłby trwać aż do ostatniego herbatnika.

Podarłam ją, nie broniła się.

Noce spędzałam w monumentalnym mauzoleum. Satynowe ściany otaczały niezliczone celle. Między poduszkami czaiły się poszarpane papierowe szczątki, niemożliwe do rozpuszczenia w najgorętszej łzie.

Przy próbie ponownego złożenia w całość okazało się, że niektóre fragmenty trwale zniekształciła gorzka sól. Późnym, upalnym wieczorem łudziły obietnicą ożywienia kości, podczas gdy poranek odsłaniał prześwity w materiale – ziejące rany przetykane zgrubiałymi bliznami.

Rekonwalescencja pochłonęła ogromne nakłady emocji. Starania podszyte strachem o ponowne niepowodzenie nie przynosiły efektów, należało przeszczepić tkanki. Mała Nadzieja dzierżyła skalpel, cięła profesjonalnie, choć nie bez fantazji; uśmiechałam się do szpitalnej lampy, patrzyłam na welfron, nienawykła do bólu, pierwszy raz cierpiąca. Ofiara miała zapewnić łaskę. Krwawe otoki strupów, delikatnie całowane wilgotnymi ustami, znikały tylko po to, by rozdrapać je dnia następnego, lecz wtedy czerwone plamy nie kontrastowały z jasnym papierem tak druzgocząco. Pytałam czy krwi jest wystarczająco, gorączkowo odsłaniając drugą żyłę – odpowiadałeś, że tak, nic więcej. Wtedy właśnie okazało się, że najbardziej bolesna jest Twoja obojętność, niewrażliwość na błaganie o miłość albo prawdę, bo nie śmiałam prosić o jedno i drugie. Początkowy opór przed rozdarciem kartki wynikał ze strachu przed samotnością. Gdybyś nie musiał obawiać się tego demona, zrobiłbyś to wcześniej.

Twoje odpowiedzialne, opiekuńcze dłonie przeniosły kalekę na stos, podpaliły jednym, humanitarnym ruchem. Kiedy patrzyłeś w słońce przez perłowoszary dym, twój oddech podsycał żar ognia; mój krzyk słyszało całe niebo.

PS Zdjęcie: krawędź kartki papieru w powiększeniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


5 + dwa =

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *

1 319 991 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony