Jestes tutaj: Home » MISZ MASZ » Kącik młodego dziennikarza » Dziennik okrętowy: przeklęte problemy Conrada

Dziennik okrętowy: przeklęte problemy Conrada

Zastanawiałam się, co ich tu sprowadza i dlaczego Uccello przede mną ucieka. Pierwsze było pierwotnym celem mojej wyprawy. Drugie przyczaiło się nocą, skacząc na kark niespodziewanie jak oswojony magot z opowieści kapitana; ugryzł z nudów, na szczęście szczepiony, ale zobaczyłam krew, więc zabolało. Została błyszcząca blizna o nieregularnych granicach. 

Do nieba kilka szmat. Rozciągnęli je bohaterowie w zbyt luźnych szelkach, którzy mgnienie okna wcześniej sunęli w górę pajęczyną want, a tuż przed rozpoczęciem podróży niezgrabnym krokiem przemierzyli całe pięćdziesiąt metrów pokładu, od dziobowego Morza Arktycznego do Antarktydy rufy. Usta mieli zaciśnięte, a jeśli kto spojrzał w górę, widział ich pogardliwy uśmiech na tle słońca. Zawieszeni między płomieniami przybierali rysy wojowników z dalekiej Afryki, której wyblakły zapach unosił się nad kartami pamiątkowej księgi żaglowca. Twarze zaszły cieniem na kształt barw wojennych; krzyczały: ja, moje, mogę, wszystko, zawsze…! Głosy rozbijały fale, strzępy nikły w bulgoczącej tafli. Dopiero po triumfalnym powrocie do mesy, w świetle jarzeniówek, okazywało się, że dłonie oderwanego od lin bohatera reagują spazmem na rozgrzane szkło zwykle przyjaznej herbaty, że nie wycisną soku z cytryny ani nie skalają się druciakiem. Heroiczny połysk pokrywała patyna zmęczenia karmiona deszczem, wiatrem, chłodem, kroplą lodu na tekowym drewnie. Wtedy bosman przynosił maść: gęstą i lepką, słodkawą, ale nie mdłą – podobną do soku, jaki wypuszczają umierające w cukrze maliny. Pomagała bohaterom, których poraniło niebo.

Uccello nie chciał słuchać o moim strachu. Jego gwiazdy układały się w obrazy, dające się nazwać i narysować, a w tych rzadkich chwilach, kiedy dopadał steru żaglowca – wskazywały drogę myślom. Przerywał w trakcie pierwszej pauzy na oddech, a że mnóstwo powietrza z płuc wytracałam przy okazji szlochania, nigdy nie udało mi się wyłożyć problemu w całości. Kiedy wkładaliśmy palce w tkliwą skórę bohaterów – poszarpaną pięcioma kątami, pulsującą ciepło i z mocą – kierował wzrok ku gromadom galaktyk, miękkim chmurom światła, ku rozmytym kształtom i łagodnym jutrom. Byłam bezbronna.

Mówiłam: spójrz głębiej w górę! Widzisz dziesiątki… setki… tysiące… widzisz miliardy płonących plazmowych kul o średnicach bliskich milionom kilometrów. Dla ciebie żyją wiecznie. Spalają się w nieskończoność (wyobraź sobie nieskończoność jako coś, co nie może się skończyć, choćbyś bardzo długo czekał). Przez cały czas się spalają, Uccello, po to są. Takie ogromne, jasne i gorące, po to są. A po co ty jesteś? (O d p o w i e d z) Widzisz te marionetki na rejach? Wrzeszczą, ile sił w słabych ciałkach, ale ani ty ani ja nie rozróżniamy ich słów. Wrócą wycieńczone, z łapkami oślizgłymi od krwi, czołami lśniącymi od potu, mokre od wszystkich ludzkich wydzielin; po co się tam pchały?

Uccello nie wie albo nie powie, pływa po koralowych morzach.

Zapytałam bosmana. Był jednym z bohaterów, lecz nigdy nie widziałam go na najwyższej półce wśród dzikich ludzi – może zdążył umyć policzki, może wcale tam nie był. Dziób i rufa ograniczały jego świat połączony z wszechświatem za pomocą grubej tętnicy Nautexu. Odczytywał prognozę pogody z rodziny robaczków wyplutych przez aparat, przewidywał ją jak plemienny szaman, a później planował prace ulepszające rzeczywistość. Spokojnie – bo sztormy się zdarzają, rozważnie – bo nie musimy zginąć przy pierwszym, i z pełnym poświęceniem – bo jak się zdarzy i jednak zginiemy to przynajmniej z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku. Smarował ogorzałych bohaterów malinowym miodem pochwał, sprowadzał ze zwęglonych od gwiazd obłoków na chłodny grunt. Lubił Uccella, mnie nazywał Pesciną i śmiał się, kiedy po burzy wylewałam wodę z kaloszy (bo spodnie do, nie na). Nie opowiadał o psie ani nie wychodził z nami na ląd, gdy statek zawijał do kolejnych portów. Dlaczego? Bo bosman nie umie chodzić.

Cztery warstwy malowanych tkanin przyklejonych do skóry jęczą pod podmuchami wiatru, mięśnie kurczą się mimowolnie, produkując iskry energii; ktoś w mroku mówi o pierwszej fazie hipotermii. Już niedługo, jeszcze siedemdziesiąt lat. Z rei smętnie zwieszają się opuszczone przez bohaterów żagle. Uccello jest blisko mnie i głośno rozmyśla o teorii Darwina w odniesieniu do bosmana, bo jak to – chyba pod woderami ma zwyczajne nogi? Czy może ja myślę, że jest zmiennocieplny, to możliwe? Uccello mówi naokoło, hojnie nadkładając drogi, kluczy, błądzi i potyka się po omacku. W atmosferze o zerowej amplitudzie temperatur trudno znaleźć miejsce dla kalekiego bosmana. Z rei smętnie zwieszają się opuszczone przez bohaterów żagle. Nikt już nie dotyka gorejącego nieba, wśród nocnej ciszy znaleźliśmy schronienie pod drobnym splotem laminowanych włókien. Głodne gwiazdy zżymają się na nieczułe zmarszczki kompozytu w niecierpliwym wyczekiwaniu powrotu bohaterów. Ostrzą zęby, piłują ramiona, wodór ciągle płonie. Oszczędziłam Uccellowi tajemnicy bosmana. Jego pudrowe wyspy błagałyby o apokalipsę na wieść o tym, że to gwiazdy odcinają nogi marynarzom.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


dwa × 2 =

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *

1 315 939 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony