Jestes tutaj: Home » slider » „Gdy nie ma publiczności, nie ma teatru” – wywiad z Sebastianem Cybulskim

„Gdy nie ma publiczności, nie ma teatru” – wywiad z Sebastianem Cybulskim

Młody, zdolny, ambitny i przystojny. Te cztery słowa najlepiej opisują aktora Sebastiana Cybulskiego.

Aleksandra Kołosowska: W którym momencie swojego życia postawiłeś na aktorstwo?
Sebastian Cybulski.: Zawsze posługuję się dwoma wersjami tej historii. Według mojej wersji, wszystko było kwestią przypadku. W liceum zostałem wepchnięty na przesłuchanie do szkolnej akademii i to mnie w jakiś sposób zaintrygowało. Poza tym wcześniej, jako dziecko występowałem w programie „Tik Tak”, w Fasolkach, więc byłem obyty z kamerą. Wówczas bardziej mnie jednak interesowało to wszystko od strony technicznej. Aktorstwo przyszło później. Druga wersja – rodzinna – jest taka, że wszystkie domowe spotkania zdominowane były przez moje ADHD, w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Miałem swoje własne wystąpienia i zawsze się pchałem na scenę.

Urodziłeś i wychowałeś się w Warszawie, później poszedłeś na studia do Łódzkiej Filmówki. Jak wspominasz ten okres w swoim życiu – tylko nauka i ciężka praca, czy był też czas na przyjemności?
Czas na przyjemności zawsze się znajdzie. Wszystkim wydaje się, że aktor wiedzie życie usłane różami, lekkie i przyjemne, że nie musi nic robić. A to jest jednak czasem męczący zawód, wręcz wyniszczający psychicznie. Na pierwszym roku chodziłem na zajęcia sześć dni w tygodniu, od 8 do 22, czasami aż do zamknięcia szkoły. Niedziela była teoretycznie wolna, ale trzeba było robić próby, więc się spotykało w swoim gronie i pół niedzieli ćwiczyło. Wychodzi na to, że siedem dni w tygodniu zajmowała praca i nauka, a wszystko po to, żeby się rozwijać. To są poważne studia, poważnie zajmujące. Wyjeżdżając z Warszawy cieszyłem się, że wyrwałem się z domu. W Łodzi trzeba było jednak się usamodzielnić, a zajęcia w szkole niestety całkowicie odcięły mnie od znajomych i przyjaciół.

Przecież w Warszawie też są szkoły filmowe…
Kiedy ja zdawałem do szkoły filmowej, ze szkół prywatnych w stolicy oprócz Akademii Teatralnej była szkoła państwa Machulskich, do której chodziłem i sobie bardzo chwalę dwa lata tam spędzone na intensywnych przygotowaniach. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, do której konkretnej szkoły chcę zdawać – w Krakowie, Wrocławiu czy Warszawie. Zdawałem do Warszawy akurat w tym roku, kiedy dostałem się do Łodzi. Była taka śmieszna sytuacja: jedna z profesorek na Akademii Teatralnej po pierwszym etapie egzaminu, którego nie przeszedłem, powiedziała, żebym się zastanowił, a najlepiej zmienił zawód, bo w ogóle się nie nadaję, nie mam predyspozycji. Totalnie zgaszony pojechałem do Łodzi, bo miałem już opłacony egzamin. Pomyślałem, że jeśli się nie dostanę, trudno. A tu nagle przeszedłem pierwszy etap, drugi , trzeci i już tu zostałem.

Pamiętasz swoją pierwszą rolę?
Mój debiut po skończeniu szkoły to była rola w spektaklu „Karton”. Ja jednak swoją pierwszą poważną premierę miałem jeszcze w szkole u państwa Machulskich. Do Warszawy przyjechał wówczas Radek Figura, obecnie znany i ceniony scenarzysta, a wtedy młody dramaturg. Prowadził wakacyjne warsztaty, na których w ośmioosobowej grupie przygotowaliśmy spektakl, a potem odbył się jednorazowy pokaz. Spektakl na tyle się spodobał, że Teatr Stara Prochownia w Warszawie nas przyjął i zagraliśmy ten spektakl dobrych kilka razy. Do dzisiaj pamiętam nocne próby z Radkiem, który proponował, żebyśmy spektakl trwający godzinę dwadzieścia zagrali w trzydzieści minut, tylko i wyłącznie dla zabawy, żeby sobie wszystko utrwalić.

Co czułeś, kiedy po raz pierwszy stanąłeś na deskach teatru?
Najbardziej pamiętne były chyba pierwsze egzaminy u pana Jana Machulskiego. Niektórzy traktują tę prywatną szkołę z lekkim przymrużeniem oka. Ja ją traktowałem poważnie i do tej pory korzystam z tego, czego się tam nauczyłem. Już samo zderzenie z panem Janem było w moim życiu wielkim wydarzeniem. Graliśmy razem na przykład w spektaklu „Śmierć pułkownika” – ogromne emocje. Zawsze jest lęk i trema, ale to jest chyba wpisane w ten zawód. Ekscytacja, podniecenie, szał, a kiedy spektakl się kończy pozostaje rodzaj pozytywnego zmęczenia. Dostaje się takiego kopa, że się chce jeszcze więcej, jeszcze częściej grać. To uzależnia jak narkotyk.

Jesteś aktorem teatralnym, filmowym i serialowym. W którym z tych światów najlepiej się czujesz?
Ciężko mi powiedzieć, co jest dla mnie bardziej interesujące. Tuż po szkole zacząłem grać w serialu i równocześnie rozwijać się teatralnie. Obecnie jedno i drugie bardzo mi podoba, ciężko byłoby mi zrezygnować zarówno z serialu, jak i teatru. Czasami, kiedy nie grałem spektakli, a miałem kilka dni na planie zdjęciowym, źle się czułem, że nie jestem w teatrze lub nie próbuję czegoś nowego. Bo teatr jest dla mnie poligonem eksperymentalnym. Pozwala dokopać się do emocji. Dana sytuacja na scenie, narzucona przez dramat czy reżysera, jest tyle razy powtarzana, aż stanie się wiarygodna, a emocje będą prawdziwe, moje. W teatrze próbuje się dwa, trzy miesiące, w filmie jest zupełnie inaczej, krócej – kilka ujęć, kilka dubli. Teatr daje więcej czasu na zespolenie się z rolą, postacią i jej emocjami. A wracając do pytania to jedno i drugie jest dla mnie bardzo istotne.

A jak to jest z publicznością w teatrze – pomaga czy przeszkadza?
Gdy nie ma publiczności, nie ma teatru. Nie jestem zwolennikiem sztuki dla sztuki. Teatr jest przede wszystkim dla widza, to widz decyduje, czy mu się coś podoba czy nie. Jeżeli, na przykład, na trzecim spektaklu po premierze jest na widowni kilka osób, to znaczy, że może jednak coś jest nie tak, coś jest źle przygotowane. Sam jako widz preferuję przedstawienia, które na bieżąco wywołują we mnie jakieś emocje, bez sztucznych udziwnień, bez pojętych tylko dla wtajemniczonych czy też tylko dla samego reżysera skrótów myśleniowych. Jestem tolerancyjny, więc wychodzę z założenia, że lepiej grać zrozumiale w wyrazie i w treści dla każdego odbiorcy, a nie tylko tych wybranych.

Jak się przygotowujesz do swojej roli w „Mistrzu i Małgorzacie”? trzeba przyznać, że jesteś w tej sztuce fenomenalny.
Nie pozostaje mi nic innego jak tylko skromnie podziękować za ciepłe słowa. Co zaś do samej postaci, to nie jest to postać psychologiczna i bazuje na improwizacji. Muszę się fizycznie przygotować, żeby mnie jak najmniej bolało. Grając Korowiowa muszę się dużo ruszać, jestem bardzo cielesnym aktorem. To kwestia skupienia, rozciągnięcia się. Nad rolą rozmyślam również podczas charakteryzacji – Korowiow ma dosyć gruby make-up, jak klown czy joker. Podczas jego nakładania mam chwilę na zastanowienie i przygotowanie się do roli.

Lubisz tę postać?
Tak, gdybym nie lubił to dopiero byłby problem. W każdej roli staram się doszukać czegoś pozytywnego, żebym miał motywację do grania. Bez tego tylko był męczył siebie i widza. Jeśli więc chodzi o Fagota Korowiowa, bardzo się polubiliśmy.

Jak trafiłeś do serialu „Barwy Szczęścia”? Byłeś na castingu czy dostałeś propozycję?
To była normalna droga, czyli casting. Przyjechałem, byłem zestawiony w parę, tekst w ogóle nie dotyczył serialu, a wszystko trało tylko pięć minut, bo w koytarzu czekało kilkadziesiąt osób. Po pierwszej selekcji dostałem propozycję do zdjęć próbnych, później był drugi etap, a przygotowania do serialu przypominały egzaminy do Szkoły Teatralnej. Gdy dostałem rolę, kończyłem czwarty rok szkoły, więc to była solidna praca, nieprzespane noce, emocje i oczekiwanie.

Ile Ciebie jest w Ksawerym?
charakterami różnimy się zupełnie. Ksawery jest zmienną postacią, ale to właśnie domena seriali. Odcinki emitowane są codziennie, więc żeby złapać widza uwagę, musi się coś wydarzyć. Mój wątek przez dłuższy czas był sielankowy, ale tylko po to żeby w innych coś się działo. W końcu pojawił się pomysł, że i u Ksawerego coś namącić, ale były do tego podstawy, jako że na początku serialu była to postać drugoplanowa, typowy czarny charakter. Pożyczę teraz bezczelnie zdanie z biografii Janusza Gajosa, z którym notabene również miałem zajęcia w szkole. Powiedział on, że aktor użycza siebie w danych sytuacjach. Czyli postać, którą gram to jestem ja w zaproponowanej, sztucznie wyimaginowanej sytuacji. Zakładam więc, że Ksawery to jest taki pól na pół – trochę mnie w nim, trochę jego we mnie.

Wspomniałeś o czarnym charakterze. Wolisz grać role czarnego charakteru czy te pozytywne?
Każda rola jest wyzwaniem, tak banalnie powiem. Najłatwiej zagrać czarny charakter, bo on jest najbardziej zapamiętywany. Na przykładzie serialu mogę powiedzieć, że tak było na początku z Ksawerym. Kiedy był czarnym charakterem, ja miałem problemy na ulicy. Wychodzę jednak z założenia, że nie każdy czarny charakter musi być do końca czarny. Staram się w każdej roli znaleźć coś, co mnie do niej przekona, żeby była bardziej „moja”.

Dzięki „Barwom Szczęścia” stałeś się rozpoznawalny. Jak sobie radzisz ze sławą?
Oddzieliłbym popularność od sławy. Za sławnego się nie uważam. Na sławę trzeba długo i ciężko pracować, zasłużyć sobie na ten respekt. A serial daje wyłącznie popularność. Bardzo krótką zresztą, trawającą tylko do momentu, dopóki serial się nie skończy.

Masz swoje aktorskie guru, kogoś na kim się wzorujesz kreując postaci?
Przygotowując się do roli nie czerpię raczej wzorów od nikogo. Aczkolwiek, oglądając filmy, zapamiętuję sytuacje i staram się być na bieżąco. Ostatnio bardzo podoba mi się poczucie humoru i lekkość, z jaką gra Robert Downley Jr. Ale takich zauroczeń jest więcej. Poza tym, każde spotkanie z nowymi ludźmi, aktorami poszczególnych teatrów, z którymi współpracuję dają mi możliwość podglądania tych najlepszych wg mnie i korzystania z możliwości pracy z nimi. Wzorce są dobre, można z nich korzystać, ale ja staram się w każdą rolę wkładać jak najwięcej siebie i swojego na nią pomysłu.

A o czym marzysz?
Teraz zrealizowałem swoje marzenie i wyjechałem na długo przygotowywaną wyprawę do Indii. Uważam, że marzenia bardzo motywują do działania. Nie takie o pałacach i wielkim bogactwie, ale te bardziej przyziemne. Marzeniem jest dla mnie też stabilizacja, swój własny dom, bez określania jego gabarytów, spokój i rodzina. Uwielbiam podróżować, resetuję się wtedy, odrywam od rzeczywistości. Tak było właśnie podczas wyprawy do Indii – wyczerpującej fizycznie, ale dającej też dużo pozytywnej energii do dalszego działania.

Wrócisz tam jeszcze?
Raczej tak. Nie wiem, kiedy, ale wiem na pewno w które rejony. Byle by mniej chodzić.

Gdzie będziemy mogli Cię oglądać w najbliższym czasie?
Obecnie w Poznaniu skończyłem już sezon spektaklem „Mistrza i Małgorzata” i nie wiem, jak to będzie w przyszłym sezonie. Jeśli chodzi o nowe rzeczy, zapraszam na „Zbrodnię i karę” do Radomia. Poza tym razem z Teatrem Polonia przygotowaliśmy „Kopciuszka” dla tych najmłodszych widzów. Spektakl będzie wystawiany przez całe wakacje na Placu Konstytucji i przed Och Teatrem. Bardzo się ekscytuję, ponieważ dzieciaki są najlepszymi recenzentami – jeśli coś pójdzie źle, dziecko nie będzie udawało, że jest dobrze. W planach mam też próby do nowego przedstawienia, więc nie będę miał za dużo wolnego, a co dalej – zobaczymy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


+ osiem = 15

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *

1 302 974 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony