Jestes tutaj: Home » slider » „Uwielbiam myć kobiecie włosy…” wywiad z Januszem L. Wiśniewskim

„Uwielbiam myć kobiecie włosy…” wywiad z Januszem L. Wiśniewskim

Janusz Leon Wiśniewski, magister fizyki i ekonomii, doktor informatyki i doktor habilitowany chemii, pisarz, dla wielu autorytet. W szczerej rozmowie o najnowszej książce, kobietach, miłości, o smutku, samotności i innych nieszczęściach.

Aleksandra Kołosowska: Co skłoniło Pana do napisania tak osobistej książki jak „Na fejsie z moim synem?
Janusz L.Wiśniewski:
Nawet wydawca stwierdził, że jest osobista. Dla mnie bardziej osobistą książką jest „Arytmia uczuć” w postaci wywiadu rzeki, którego udzieliłem Dorocie Wellman. „Na fejsie z moim synem” jest osobista w tym sensie, że wracam w niej do pewnych rzeczy z mojego dzieciństwa. Wydarzenia te mogą niektórym wydawać się kontrowersyjne. Książka jest historią miłości matki i syna i właśnie głównie tęsknota za matką skłoniła mnie do jej napisania. Tak jak każda moja książka jest historią miłosną, tylko o miłości innej, moim zdaniem najważniejszej – matki do syna. Na okładce książki pojawia się dość dramatyczne hasło, że matka przerwała ze mną ważną rozmowę. Z rodzicami rozmawia się nieustannie, ale bardzo ważne tematy odkłada się na koniec uważając, że rodzice zawsze będą żyli, zawsze zdąży się zapytać o różne sprawy. Poza tym inne pytania zadaje się mając lat piętnaście, a inne mając lat dwadzieścia trzy. Nie chcę twierdzić, że mężczyzna dwudziestotrzyletni to mężczyzna dojrzały, bo to bzdura totalna, natomiast miałem uczucie niedokończonej rozmowy. Pomyślałem sobie, że może taką hipotetyczną rozmowę, znając moją matkę, mogąc symulować jej odpowiedzi, znając jej podejście do różnych spraw, po prostu dokończę i ją sobie sam wykreuję, sam ją będę prowadził, sam będę zadawał pytania i na nie odpowiadał. Czasem też ona będzie mi zadawała pytanie i będziemy sobie tak hipotetycznie, surrealistycznie rozmawiać. Taki pomysł począł się znacznie wcześniej, ale narodził się dokładnie 20 kwietnia 2011 roku, w dniu urodzin mojej mamy. Pomyślałem, że czas przejść od poczęcia do porodu, że to wszystko już dojrzało, zostało wynoszone w moim mózgu nawet dłużej niż przez dziewięć miesięcy. Zacząłem pisać, założyłem jej profil na facebooku – co też jest surrealistyczne – profil na facebooku dla nieżyjącej matki. Notabene ponad sto osób przyłączyło się do tego profilu na facebooku  i czyta, co Irena Wiśniewska ma do napisania czy powiedzenia. W ciągu pierwszego dnia napisałem chyba trzy pierwsze rozdziały tej książki, czyli pracowałem bardzo intensywnie, można powiedzieć obsesyjnie. To były jej urodziny, wzmocniona tęsknota, rodzaj nostalgicznego powrotu do przeszłości, przypominanie sobie różnych faktów. To pomogło mi zacząć tę historię bardzo emocjonalnie. Jednocześnie historia zaczyna się bardzo surrealistycznie, jak mówiłem moja mama urodziła się 20 kwietnia, w dzień urodzin Hitlera. Umieściłem ją w tej książce w Piekle. 20 kwietnia w Piekle odbywa się wielkie przyjęcie z okazji urodzin największego celebryty Piekła, jakim jest Adolf Hitler. Wszystko to trzeba traktować z takim surrealistycznym  spojrzeniem. I to mnie właśnie skłoniło do napisania książki. Chciałem przeprowadzić taką rozmowę z osobą, której nie ma, ale zakładając, że ona prawdopodobnie powiedziałaby to, co by powiedziała, krytykowałaby mnie, byłaby z pewnych rzeczy w moim życiu zadowolona i przede wszystkim relacjonowałabym jej świat,  bo to była bardzo nowoczesna kobieta już w tamtych czasach. Tamta nowoczesność jest nieporównywalna z tą, ale wiem, że pewnie miałaby profil na facebooku i pewnie by się z różnymi ludźmi i ze mną komunikowała. I tak od pomysłu wynikającego z tęsknoty zrodził się konkretny projekt.

A dlaczego właśnie Piekło? Dlaczego  umieścił Pan swoją mamę w Piekle?
Do tej trójcy Piekło, Niebo, Czyściec należy tu, oczywiście, podchodzić z pewnym przymrużeniem oka. Nie jest to w tym wypadku teologiczna koncepcja miejsc, gdzie nagradza się za dobre uczynki albo zgodne z dekalogiem życia, karze za złe uczynki albo grzeszne życie lub ewentualnie w Czyśćcu, jak w poczekalni, zastanawia się, co zrobić z takimi delikwentami. Według mnie to jest bajkowa koncepcja, dziecinna, bardzo trywialny sposób pojmowania religii. Nie wierzę w to, mimo że jestem wierzącym w Boga fizykiem , ale wierzę w pewną siłę sprawczą, która była na początku i która nadaje sens każdemu istnieniu. Umieściłem matkę w piekle dlatego, że w konwencji Dekalogu i siedmiu grzechów głównych prowadziła życie grzeszne. Gdzie miałem umieścić matkę, która miała trzech mężów i dwójkę nieślubnych dzieci. Przyznam szczerze, że z pewną lubością łamała również inne przykazania. Zresztą, co powiedziałyby bogobojne sąsiadki, gdyby spotkały ją nagle w Niebie. Wszystko to ma surrealizm, zresztą umieszczenie jej w Piekle miało też swój egoistyczny cel. Zakładam, że bazując na konwencji grzechu, w Piekle znalazło się dużo interesujących ludzi, którzy za życia zrobili wiele ciekawych rzeczy, przy okazji grzesząc. Wydawało mi się, że korzystając z obecności mojej matki w Piekle, zadam tym osobom pytania, które zawsze mnie dręczyły. Zapytam Jesienina,  dlaczego  szósty raz się ożenił nie rozwiódłszy się piąty raz, dlaczego popełnił samobójstwo, dlaczego zrobił to w hotelu, dlaczego napisał ostatni list krwią. Zapytam o romans Marii Skłodowskiej-Curie, która pewnie się tam znajdzie, zapytam Kinseya czy to prawda, że interesował się czy nawet był pedofilem. I w tej surrealistycznej powieści takie pytania właśnie zadaje. Myślę, że gdybym mamę umieścił w Niebie to niewiele ciekawego mógłbym się dowiedzieć. Dobroć jest prosta i zdefiniowana i tak samo szczęście przeżywa się w jeden sposób. W Niebie jest po prostu nudno, co nie znaczy, że źle. Stąd cała ta konwencja, która jest oczywiście artystycznym zamysłem, autorzy mają do tego prawo. Nie ma w tym żadnego definiowania mojej mamy w sensie teologiczno-religijnym, bo jak się czyta tę książkę, na końcu okazuje się, że nie dość, że jest zakochana w Bogu to jeszcze okazuje się dewotką.

Wspominał Pan kiedyś, że  grzech jest dla Pana bardziej interesujący, dlaczego?
Dlatego, że motywy grzechu są bardzo różne i ciekawe. Ludzie grzeszą z jakiś interesujących powodów. Jedynym motywem ludzi, którzy nie grzeszą, jest przeważnie strach. Nie chcę pomijać określonego korpusu czy kręgosłupa moralnego lub etycznego, który mają wbudowany. Znam bardzo wielu ateistów, którzy nigdy nie złamali żadnego z przykazań dekalogu, a mimo to też są w Piekle ze względu na fakt, że nie odpowiadali pewnej ideologii, nad czym również moja mama w książce się pochyla. Grzech jest interesujący ze względu na motywy postępowania. Poza tym grzech jest związany z pewnym nieszczęściem – nawet jeśli grzeszenie jednym osobom sprawia przyjemność, to innym na pewno dostarcza nieszczęść. Jak sama Pani wie, w większości moich książek zajmuję się różnymi nieszczęściami – szczęściem się w ogóle nie zajmuję – i to nieszczęściami ogromnymi. Jakiś krytyk napisał, że jeśli Wiśniewski napisze książkę, która będzie miała trzysta jedenaście stron to na pewno będzie w niej trzysta dwanaście nieszczęść. To nieprawda, nieszczęść u mnie sporo, ale nie aż tak dużo. Nie interesuje mnie samo nieszczęście, ale to, co robi z człowiekiem, jak zmienia jego charakter, jak go wypacza lub uszlachetnia. Grzech wydał mi się więc tutaj dobrym materiałem wyjściowym. Od grzechu do  nieszczęść jest bardzo blisko, więc zostałem w zasadzie w tej samej konwencji.

W książce pisze Pan o swoim DNA w szklance, to prawdziwa historia?
Jak najbardziej prawdziwa, przetestowana przeze mnie. Inaczej nie namawiałbym ludzi do upuszczania sobie krwi w celu zobaczenia swojego DNA. Cały przepis, jak się go dobrze powoli spisze i wykona tak, jak go omówiłem, jest prawdziwy. Omówiłem całą reakcję chemiczną, syntezę chemiczną, technologię. Niemalże opisuję, co zrobić, żeby zobaczyć swoje DNA. W książce opisane jest to w dość romantycznych, seksualno-erotyczno-wzruszających okolicznościach, jakie towarzyszą chwili niezwykłej bliskości między dwójką ludzi. Z chemicznego punktu widzenia jest to do zrealizowania i gdyby Pani chciała, to proponuję nie trzy krople krwi upuścić, tylko trochę więcej. I może nie tą metodą, jaką ja tam proponuję, że ktoś Pani przygryzie w ataku namiętności skórę na palcu, ale po prostu można sobie krew w taki sposób, jak u lekarza upuścić i wyekstrahować z tego DNA. Jak to się robi, polecam przeczytać odpowiedni fragment w książce.

Na pewno spróbuję. W książce wspomina Pan również, że lepiej zna się na mężczyznach. Dlaczego Pana zdaniem kobiety myślą, że jest inaczej?
Bo taką etykietę mi przyczepiono. Po druku „Samotności w sieci”, pojawiły się głosy w mediach, że Wiśniewski jest znawcą kobiet, tam było to pisane powiedzmy małymi literami. Natomiast po mojej kolejnej książce – „Zespoły napięć” – której bohaterami są głównie kobiety w różnych etapach ich życia, zaczęto mówić o tym głośno i przyczepiono mi etykietę znawcy kobiet. Niektórzy to nawet odwrócili przeciwko mnie – zazdrośnicy jedni – nazywając mnie kobieciarzem, które swoje „znawstwo” nieustannie wykorzystuje. A ja kobieciarzem nie jestem, bo kobiety bardzo szanuję. Uważam, że lepiej znam się na mężczyznach. Kobiet muszę się nieustannie uczyć, a w przypadku mężczyzn nauka niepotrzebna. Są prości w obsłudze, niedużo wiedzy potrzeba żeby zrozumieć ich motywacje. To, że w niektórych książkach udało mi się myśleć jak kobieta i odczuwać tak, jak ona, wynika z tego, że dużo na temat kobiet i ich psychologii czytałem. Poza tym, mam dwie córki, z którymi rozmawiałem na ten temat, obserwowałem ich życie osobiste – są w tym wieku, w którym kobieta staje się obiektem zainteresowań wielu młodych mężczyzn, w związku z czym przeżywały różne historie. A mimo wszystko o mężczyznach wiem więcej, w końcu sam nim jestem. Jednak opowiadanie o sobie wydawało mi się się nudne. Lepiej spojrzeć na kobietę z mojego punktu widzenia. Wiem, że w niektórych momentach mi się to udało, bo piszą do mnie panie, że znam je lepiej niż one same, że potrafię to opowiedzieć lepiej niż one same kiedyś by to zrobiły. I tak pewnie zostanie, ta etykieta została mi już przyklejona przez zawistnych mężczyzn, którzy uważają, że piszę książki tylko w jednym celu. Przecież mam wszystkie tytuły naukowe, pieniędzy nie wiadomo ile ten Wiśniewski ma, więc pisze pewnie głównie dlatego, żeby mieć dostęp do kobiet. No i niech zazdroszczą (śmiech).

Tak jak Pan wspominał, w Pana książkach przeważają smutne historie, łatwiej być autorem tych smutnych historii?
Smutne historie przeżywa się inaczej, dlatego że cudze szczęście, zwłaszcza bliskiej nam osoby, jest odbierane z radością, ale nie utożsamiamy się z nim. Poza tym, tak jak mówiłem, przeżywane jest w bardzo podobny sposób. Wystarczy spojrzeć na literaturę – przeważają w niej nieszczęśliwe historie, pisane przez ludzi przeżywających minimum chociaż melancholię. Wydaje mi się, że ludzie szczęśliwi nie mają za bardzo czasu na pisanie książek – tak są zajęci i zaabsorbowani swoim szczęściem. Zresztą mają rację – o szczęście trzeba dbać, skoro jest i nim się zajmować. Opisywanie smutku jest łatwiejsze i szybciej trafia do serc osób czytających. Wbrew pozorom bardzo często ma również działanie kojące, ponieważ na cudze nieszczęścia, opisywane w książkach, nakładamy swoje małe i duże smutki. Często dzięki temu udaje nam się je zrelatywizować. Czyli pisanie o cudzych nieszczęściach paradoksalnie jest takim pisaniem ku pokrzepieniu serc. Czytając o wielkich nieszczęściach i tragediach bohaterów, wzruszamy się, płaczemy razem z nimi, a w efekcie myślimy sobie, że w porównaniu z tym, co wyczytaliśmy, nasze nieszczęścia wcale nie wydają się takie ogromne. Inni mają gorzej. Ja celowo te nieszczęścia wyłapuje, mam ustawione anteny na szukanie historii tragicznych i zdobywanie informacji o tym tragizmie. A potem to opisuję.

Płacze Pan pisząc swoje książki?
Pewnie, że płacze, chociaż nie wiem, czy w tych samych momentach, w których płaczą moi czytelnicy i czytelniczki. Są momenty, które są dla mnie tak wzruszające, że może nie ciekną mi łzy na klawiaturę, ale przeżywam je, co się objawia często pewnym łkaniem. Szczególnie jeśli  to są historie prawdziwe, a nie wymyślone, które ja tylko relacjonuje. Przykładem jest historia ratowania życia Ani w „Samotności w sieci”. Sam uczestniczyłem w zbieraniu pieniędzy na przeszczep jej szpiku. Albo historia Natalii, głuchoniemej dziewczyny, która jest przepiękną postacią. Nawet w tych małych esejach czy felietonach, które piszę do „Pani”, a później wydaje się je w postaci książek, są naprawdę historie bardzo wstrząsające, które doprowadzają nawet takich marynarzy jak ja do łez. Jest bardzo prawdopodobne, że jeśli ktoś płacze nad moją książką w którymś momencie, być może ja już to opłakałem. To też zależy od różnych czynników: jakiej muzyki słucham w danym momencie, w jakim nastroju jestem, czy  w moim życiu osobistym dzieje się coś dobrego czy złego, jak wiedzie się moim córkom, jakie wino wypiłem, co ostatnio się zdarzyło. Jednym słowem zależy to od wielu czynników, ale generalnie zdarza mi się płakać nad swoimi historiami. Może to zabrzmi strasznie narcystycznie, ale pisze je w swoim smutku i w pewnym sensie przeciwko swojemu smutkowi.

O jakich porach najczęściej Pan pisze, to jest dzień, noc?
Rano to ja nic nie mogę napisać, mogę napisać jedynie program komputerowy, listę zakupów albo e-mail do moich córek. Wolę wieczorem pisać. W wielu wywiadach mówię, że jestem autorem po godzinach – najpierw pracuję nad swoimi projektami, a później przychodzi taki moment, że odłączam się. Nie chodzi o to, że z okna programu komputerowego przechodzę do okna Worda i tam piszę swoją książkę. Nie, muszę się do tego przygotować. Piszę generalnie wieczorami i nocami, wiele rzeczy powstało nocą. Książka „188 dni i nocy” to nie jest tytuł przypadkowy, większość tej książki powstała w nocy. Nie tylko ja, bo i Małgorzata Domagalik, która jest współautorką tej książki, również pisała w nocy. Głównym powodem jest to, że w dzień jesteśmy zajęci wieloma innymi rzeczami. Gdybym żył z pisania i z niego utrzymywał siebie i rodzinę, pewnie pisałbym również w dzień. Wydaje mi się jednak, że noc sprzyja pewnej muzie, ma specyficzny nastrój, poza tym w biurze robi się cicho, spokojnie, wiem, że jestem sam, a tego do pisania potrzebuję. Dopóki książki nie skończę, nikt jej nie czyta, z nikim się nią nie dzielę, nikomu nie pozwalam mieć na nią wpływu, oprócz korektora w wydawnictwie. W weekendy, jeśli mam wolny czas i podczas urlopów piszę cały dzień. Zamykam się w hotelu, w miejscu, w którym jestem czy nawet na plaży albo w samolocie, ale to wykorzystywanie czasu jest bardziej. Natomiast w normalny, powszedni dzień, powiedziałbym, że siedem ósmych moich książek powstała po godzinie 19:00.

Jakie cechy według Pana, powinny w dzisiejszych czasach charakteryzować idealnego mężczyznę?
Zacznijmy od tego, że nie ma idealnego mężczyzny. Jednak trzeba przyznać, że współczesnym panom dużo trudniej jest być idealnym. Dzisiaj, kiedy patriarchat i dominacja mężczyzn odeszły praktycznie w zapomnienie, kobiety są bardziej niezależne i same chcą decydować o sobie. Natomiast idealny mężczyzna przede wszystkim powinien być gotowy do opiekowania się kobietą – wbrew pozorom nawet tą alfa kobietą – bo one tak tylko udają, że chcą być alfa. Moim zdaniem, zawsze w pewnym sensie potrzebują męskiej opieki, nawet poczucia, że mają kogoś, kto się nimi zaopiekuje, kiedy nagle zechcą wrócić do swojej roli słabszej płci. Poza tym, idealny mężczyzna powinien być mądry. Nie wyobrażam sobie związku, w którym jakaś kobieta dominowałaby nade mną mądrością. To z pewnością wyprowadzało by mnie na uniwersytety, kazało zdobywać mi nowe tytuły naukowe, wysyłało do bibliotek. Nie chodzi o to, że wszyscy mają wiedzieć to samo, ponieważ trudno mi się porównać z polonistką, która przeczytała tony książek, a ja tego nie mogłem zrobić, ale żeby się od niej czegoś nauczyć. Mądrość polega również na tym, aby umieć się od innych uczyć. Mężczyzna idealny – jeśli taki istnieje – powinien być mądry, powinien imponować pewną wiedzą swojej kobiecie albo przynajmniej jej nie rozczarowywać brakiem tej wiedzy. Powinien brać też odpowiedzialność za słowa, żeby nie składać jakiś obietnic w szczęściu. Mężczyźni strasznie uwielbiają pewne obietnice składać w jakiś momentach nieprawdopodobnego szczęścia, najczęściej związanego z seksualnością. Mężczyzna powinien brać odpowiedzialność za to, co mówi, by można było na nim polegać. Powinien też umieć rozmawiać. Dla mnie w związku najważniejsza jest chęć rozmawiania z kimś, pragnienie powiedzenia  komuś czegoś i to jak najszybciej. Wielu mężczyzn nie potrafi rozmawiać albo nie chce rozmawiać albo – co najgorsze – nie ma najmniejszej ochoty rozmawiać dlatego, że bardziej niż ze swoją kobietą woli rozmawiać z koleżankami na facebooku. Mimo tych wyliczeń, nadal uważam, że ideałów nie ma. Wszyscy mamy wady i zalety. Banały teraz mówię, ale tak właśnie jest.

Kilka dni temu oglądałam film „Zapach kobiety”. Z czym Panu taki zapach się kojarzy?
Musiała Pani w jakąś nostalgię wpaść, bo to stary film jest, ale klasyk absolutny. Mnie na pewno taki zapach nie kojarzy się z zapachem proszku do prania albo z zapachami dochodzącymi z kuchni. Wielu mężczyznom zapach bigosu kojarzy się z zapachem kobiety. Przepraszam, że tak mówię, ale tak jest. On mówi: kochanie, tak pięknie pachniesz. A chodzi głównie o to, że Ona stoi w kuchni i gotuje bigos, który On lubi. Zapach kobiety kojarzy mi się z zapachem szamponu, kiedy myję jej włosy, uwielbiam myć kobietom włosy. Z zapachem, jaki roznosi wiatr nad morzem, kiedy jestem na urlopie, z perfumami też mi się kojarzy. Nie mam jakiś preferowanych perfum, ale bardzo lubię ziołowe, zresztą w różnych porach różnie. Zapach kobiety kojarzy mi się też z zapachem lakieru do paznokci, co wcale nie jest dla mnie negatywne. Uwielbiam, gdy kobieta przy mnie się maluje, to jest bardzo osobiste i intymne. Na jakie rzeczy Pani wpadła…

Kobiety Pana uwielbiają, jak Pan myśli, dlaczego?
Nie, one nie uwielbiają mnie wcale. One nawet mnie nie znają, więc jak mogą mnie uwielbiać? One uwielbiają bohaterów moich książek.

Ale wydaje im się, że uwielbiają Pana…
Bo to tak się im przeważnie wydaje. Jak czytałem „Chłopców z Placu Broni”, to też mi się wydawało, że Molnar był Nemeczkiem. On napisał, więc musiał tym bohaterskim Nemeczkiem być. Nie nie, to tak nie jest. Kobiety uwielbiają przede wszystkim bohaterów i historie, w które moi bohaterowie są uwikłani, ich reakcje. Czytelniczkom wydaje się, że jeśli bohater Wiśniewskiego postąpił tak nieprawdopodobnie pięknie, to na pewno sam Wiśniewski tak postępuje. Jest to mniemanie bardzo często błędne. Często w postępowanie moich bohaterów wkładam obserwacje postępowania wielu moich znajomych, przyjaciół, mężczyzn, którzy w pewnym dziale swojego życia są szlachetni, a w innym są łajdakami. Jestem przeciwny jakiemukolwiek modelowi, który jest binarny – czarno-biały. Nie zgadzam się z założeniem, że czarny charakter jest absolutnie czarny, a białego to tylko do rany przyłóż i do nieba poślij. Nie ma takich ludzi. Ludzi trzeba przepuścić przez spektrum widma szarości. Jest to widmo pewnych cech, nie ma czarno-białych charakterów. I tak bym na to odpowiedział. Bardzo często kobiety mylą czy utożsamiają moich bohaterów ze mną i moją biografią, która bardzo często nie ma z tym absolutnie nic wspólnego. Ja często sam się uczę od swoich bohaterów. Napisałem historię idealnego Jakuba z „Samotności w sieci”, za którego za mąż chciałaby wyjść matka i córka, tylko dlatego, żeby nauczyć się od tej postaci, jak można być dobrym. Wydawało mi się, że jak sobie spiszę to wszystko i pomyślę o nim, to się takim trochę stanę, ale tak nie jest. Często idealizujemy siebie, nawet w rozmowie w internecie. Jeśli nie kłamiemy i opowiadamy komukolwiek o sobie, to zawsze opowiadamy o sobie lepiej niż jest w rzeczywistości. Wiemy, że ta druga strona w tym momencie nie ma żadnej możliwości skonfrontowania nas z prawdą, nawet jeśli nie ma w tym zamysłu kłamania, już nie mówię o tych łajdakach, którzy absolutnie kłamią i wychodzi, że są św. Augustynem i ojcem Kolbe jednocześnie. Dlatego uważam, że kobiety wcale nie mnie uwielbiają.

Chciałaby Pan być takim mężczyzną jak Jakub? Nie myśli Pan, że z czasem byłoby to nudne?
Oczywiście, że chciałbym być, chociaż ma Pani dużo racji, że zamieszkanie z Jakubem w jednym mieszkaniu mogłoby być w efekcie nudne i męczące. No bo z kim się pokłócić? Przyszedłby, utuliłby, dbałby, rozmawiałby, spóźniałby się naprawdę tylko dziesięć minut i przedtem by jeszcze zadzwonił, przychodziłby na czas do domu, masowałby stopy, piersi, głowę, byłby absolutnym spełnieniem marzeń. Ale jeśli nie ma żadnych tarć i rys, to nie wytwarza się żadne ciepło. To na początku jest bardzo ciepłe, ale żeby było ciepło musi być jakieś tarcie. Z Jakubem można by było trzeć się mózgami, spierać się z jego zdaniem. On był bardzo ostry w przekonaniach o dobroci. Trzeba by więc było pokazywać mu, że świat nie jest taki, jakim on go widzi. Jakubów nie ma. W to wierzą tylko młode nastolatki, szczególnie te z Rosji, które uczą się polskiego, ponieważ przeczytały w Rosji „Samotność w Sieci” i myślą, że wszyscy Polacy są tacy jak Jakub, że wystarczy tylko do Warszawy przyjechać i zgarnąć jednego z nich na ulicy.

Wierzy Pan w miłość? Czym ona dla Pana jest i jaka powinna być?
Oczywiście, że wierzę w miłość. Chociaż dzisiaj opublikowałem coś o miłości na facebooku i zaraz jakiś pan zwrócił mi uwagę, że mówi to facet, który twierdzi, że miłość kończy się po osiemnastu miesiącach albo czterech latach. Albo na pierwszej stronie tej słynnej „Samotności w Sieci” twierdzi, że ze wszystkich rzeczy wiecznych miłość trwa najkrócej. My kojarzymy miłość z pewnym niezwykłym romantyzmem. Miłość romantyków z XIX wieku wzmacniana jest przez to, co pokazują media i kreuje Hollywood. A to jest przecież tylko pierwsza faza tej miłości. Najczęściej oparta o libido, o pierwszą namiętność. Ta późniejsza, spokojniejsza, oparta na przyjaźni, erosie, mało kogo interesuje. Co jest fajnego w parze, która się tylko przyjaźni? Od czasu do czasu chodzą ze sobą do łóżka, są sobie niezwykle lojalni, są szczęśliwi, ale w tej miłości nic ciekawego się nie dzieje i dlatego mediów to nie interesuje. Zainteresują się najwyżej wtedy, kiedy para spędzi ze sobą siedemdziesiąt lat i będzie jakąś rocznicę obchodzić. Miłość ma fazy, a ludzie o tym zapominają. Wszyscy chcieliby, żeby ta pierwsza faza, z łaciny libido albo namiętność, trwała nieustannie. A to jest po prostu niemożliwe ze względu na nasze cechy biologiczne. W socjologii to się nazywa habituacja, ludzie się do siebie przyzwyczajają, czy tego chcą, czy nie. Można również spojrzeć na statystyki z Instytutu Kinseya – ilość aktów seksualnych małżonków po pierwszym roku małżeństwa spada o 50%. I to nie wynika z tego, że ta Pani już przestała tego Pana kochać albo ten Pan przestał tę Panią kochać, po prostu następuje rodzaj pewnej habituacji, przyzwyczajenia. Niektórzy mężczyźni – przepraszam za sarkazm – mają siłę, żeby trwać w tej habituacji, a niektórzy nie. Dla mnie ta miłość o której Pani mówi, ta taka niezwykle zaborcza, to jest rodzaj pewnego stanu nienormalnego, chorobowego w pewnym sensie. Psychologowie określają to zmieszaniem nerwicy natręctw z nerwicą lękową jednocześnie.

Czym jest dla Pana szczęście i czy czuje się Pan szczęśliwym człowiekiem?
Dla mnie szczęście jest bardzo proste do zdefiniowania, dość nudne i wielu ludzi może być tym rozczarowanych. Dla mnie szczęście to brak nieszczęść. Jeśli w moim życiu nie ma nieszczęść, to ja po jakimś czasie deklaruję, że jestem szczęśliwy. Jeśli moje córki są zdrowe, szczęśliwe ze swoimi partnerami, jeśli udaje im się robić to, co zamierzyły, jeśli ja realizuję swoje plany – to znaczy, że nie ma specjalnych nieszczęść w moim życiu. Oczekuję też jakiś pików, że coś niezwykłego się wydarzy, że pojadę na Bora Bora czy dostanę niezwykły e-mail od czytelnika, któremu moja książka odmieniła życie. To jest rodzaj szczęścia. Stan idyllicznej radości pewnie by mnie strasznie rozleniwił, a uważam, że, aby zapewnić brak nieszczęść, trzeba bardzo dużo wkładać w życie, przewidywać pewne sprawy, projektować. U mnie jest o tyle gorzej, że ja przeważnie z marzeń robię projekty. To jest strasznie niebezpieczne, można wpaść w obsesję. Dobrze jednak, że mam na to wszystko czas. Nie ciąży na mnie presja, nie gonią terminy. Dla mnie model szczęścia jest taki: wziąć urlop na rok z mojej firmy, polecieć na Bora Bora, zamknąć się w pokoju z szybkim internetem, na dole powinien być duży sklep z winami, mieć czas od rana do wieczora i pisać. To jest właśnie szczęście.

Zastanawiam się, czy mężczyzna stąpający po ziemi tak twardo, jak Pan, wierzy w przeznaczenie?
Ja ciągle o tym przeznaczeniu piszę albo o przypadku. Dla mnie często jest to nierozróżnialne. Wiele rzeczy w moim życiu zdarzyło się przez zupełny przypadek. Na przykład to, że jestem informatykiem, bo nie dostałem pracy na fizyce, ponieważ nie należałem do jakiejś organizacji. Potem stałem się chemikiem, bo wyjechałem do Niemiec i dostałem pracę w Instytucie. Na całe to swoje przeznaczenie ciężko pracowałem. Nie dostałbym pracy w Instytucie w Niemczech, gdybym nie znał dobrze angielskiego, bo bez angielskiego nie dostałbym stypendium Organizacji Kościuszkowskiej, a gdybym go nie dostał, to pewnie nie zrobiłbym doktoratu w Stanach Zjednoczonych itd. Dużo było takich przypadków, ale na to swoje przeznaczenie – jak tak patrzę teraz z racji swojego podeszłego wieku – pracowałem. Nieraz zdarzają się takie ekstremalne sytuacje, że człowiek jest nagle we właściwym momencie i robi właściwą rzecz. Taką rzeczą było w moim przypadku np. wydanie w 2001 roku „Samotności w Sieci”. Jako pierwszy autor pochyliłem się nad emocjami w internecie. Przy pisaniu tej książki internet nie grał dla mnie żadnej roli, bo ja w internecie pracuję od `84 roku. Gdybym tę książkę wydał trzy lata później albo dwa lata przedtem, prawdopodobnie przeznaczenie sukcesu tej książki by mnie ominęło. Ja bym to raczej nazwał fluktuacją przeznaczenia niż samym przeznaczeniem. Generalnie, na swoje przeznaczenie człowiek pracuje całe życie.

Co uważa Pan za swój największy życiowy sukces?
Mam dość schizofreniczne życie, ponieważ żyję w dwóch światach, przechodzę z toru na tor. To jest duże szczęście w moim życiu, może takie było moje przeznaczenie. Mogę sobie wybierać światy. Przylatuję do Warszawy i zajmuję się zupełnie czym innym niż we Frankfurcie nad Menem. Tam jestem spokojnym, nieznanym programistą, informatykiem, naukowcem. Zrobiłem wszystko, żeby moje książki nie zostały wydane w Niemczech. Nie wiem w zasadzie, jak na to pytanie odpowiedzieć. Wydaje mi się, że trzeba życie brać takim, jakie jest i dużo robić, żeby było takim, jakim my chcemy.

O czym będzie opowiadała Pana kolejna książka?
I to Pani o to pyta, która przeczytała praktycznie wszystkie moje książki? Oczywiście, że następna będzie o miłości, ja wszystko piszę o miłości. Nawet, kiedy napisałem bajkę dla dzieci pt. „W poszukiwaniu najważniejszego. Bajka trochę naukowa” – o latach świetlnych, czarnych dziurach, które wcale nie są czarne, podróży na koniec wszechświata i spiralnych galaktykach – to i tak powiedzieli, że to jest książka o miłości. Bo przecież Marcelinka zamiast słuchać duszka (i tylko go słuchać), to go o miłości uczyła! Moja następna książka będzie o różnych miłościach, a jej tytuł brzmi „Hotel”. Będę wchodził do pokoi w pewnym hotelu w Polsce, spoglądał na biografie ludzi zamkniętych w tych pokojach i patrzył, co tam ci ludzie robią. A ludzie w hotelach robią inne rzeczy niż robią w domach. Niektórzy są jak spuszczeni ze smyczy, niektórzy przyjmują inne osobowości, inne tożsamości. Będzie więc biznesmen z kochanką, samobójca, który z jakiegoś powodu chce zakończyć swoje życie, naukowiec, który splagiatował pracę używając pracy kolegi. Będę zaglądał w ich biografie, ich życie, ich łóżka. Będą rozwiązywali różne etyczne i moralne problemy, kiedy spotkają się na śniadaniu czy w windzie. To jest jeden z projektów, nad którym pracuję. Dużo będzie tam miłości, ale też nienawiści, pogardy i ohydy. Ludzie są najgorszym gatunkiem, jaki się na ziemi porusza, jeśli chodzi o moralność. A druga książka? Chcę wrócić do bajki. Uważam, że genetyka jest tak interesująca, tak dużo nieporozumień z nią związanych istnieje, że dobrze by było napisać bajkę o genetyce dla dzieci. I to jest mój drugi projekt.

One comment on “„Uwielbiam myć kobiecie włosy…” wywiad z Januszem L. Wiśniewskim

  1. Paula Zych on said:

    Wywiad perełka. Rozmówca wyczerpująco odpowiada na pytania, to jest to. Pojęcie piekła i czyśćca świetnie ujęte. Faktycznie trywialnie podchodzimy do tych zjawisk, tak już nam wpajano od przedszkola i chyba lubimy w to wierzyć. Ja osobiście też jestem ciekawa romansu Skłodowskiej! Ciekawi mnie również romans Romualda Traugutta z Elizą Orzeszkową :))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


trzy × = 12

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *

1 319 989 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony