Jestes tutaj: Home » FILM » Marley. One Love

Marley. One Love

„To był piesek rasy japońskiej, nazywał się Lulu. Miał prawo spać w łożu cesarskim” – tak brzmi pierwsze zdanie „Cesarza” autorstwa Ryszarda Kapuścińskiego. Dlaczego od niego zaczynam recenzję filmu „Marley – One Love”? Bo jest ono dowodem na to, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a wszystko, co robi Człowiek pozostawia Ślady.

„Cesarz” to historia Hajle Selasjego. Rastafari, bo tak o nim mówił Bob Marley, był dla muzyka wzorem, przewodnikiem duchowym, rewolucjonistą, ale przede wszystkim wcieleniem samego Jah. Chociaż przywódca Etiopii nie był przez Kapuścińskiego wyznawany  w tej ostatniej kategorii, polski reporter bez problemu dostrzegł to, co w myśli politycznej cesarza było najważniejsze: najważniejsza jest gwarancja ludzkiej godności. I tej właśnie gwarancji życzył sobie i światu Robert Nasta Marley.

Sprowadzenie wizerunku Marleya do nadruku na koszulkach, a jego utworów do apelu o legalizację marihuany (której zresztą na Jamajce palić nie można) jest największym ciosem jakiego można się w stosunku do muzyka dopuścić. Na szczęście dokument Kevina Mcdonalda daleki jest od takich zabiegów.

„Marley – One Love”, to dzieło o życiu największego z ambasadorów miłości, równości i wolności, za które reżyser odebrał Oscara. W polskich Multikinach obraz można było zobaczyć tylko 4 czerwca 2012. Taki sposób dystrybucji filmu zaproponowali jego twórcy i promotorzy, być może właśnie po to, aby dać widzom odczuć, że właśnie uczestniczą w czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym. „Marley – One Love” jest bezapelacyjnie dziełem doskonałym. Jest dokumentem, reportażem i biografią w jednym. Zniewala optymizmem i przekonuje obiektywizmem. Że jest pełen rewelacyjnej muzyki wspominać nie trzeba.

Film utwierdził mnie w przekonaniu, że kiedy nastanie koniec świata, ludzkość będzie śpiewać piosenki faceta z Trenchtown. Tak przecież już było, czego dowody przedstawiono w filmie. Niepodległość Jamajki, wyrywanie Afryki z okowów kolonializmu, walka z apartheidem, wolność Zimbabwe, formowanie nowej Etiopii – wszystko to były nie tylko rewolucje, ale również swoiste końce starego świata i narodziny nowej rzeczywistości. I wszystkim tym wydarzeniom towarzyszył Bob Marley. Jeśli nie osobiście, to poprzez muzykę. Jak nikt inny rozumiał dramat człowieka, któremu czegoś nie wolno ze względu na klasową, rasową lub społeczną przynależność. „Był w połowie biały, w połowie czarny, w połowie zamożny, w połowie biedny” – takie słowa padają w filmie. Był jednocześnie po każdej stronie barykady dzielącej ludzkość. Był ponad podziałami. I jest do dzisiaj. Bo to jego muzyki słuchano na egipskim placu Tahrir i w Libii. To jego muzyka rozbrzmiewa dziś w Syrii. Fakt, że koncerty grupy Bob Marley and the Wailers przyciągały większą ilość widzów niż The Rolling Stones czy The Beatles wynikał nie tylko z faktu, że tworzyli oni wspaniałą muzykę, ale przede wszystkim z tego, że mieli do przekazania najważniejszą z ważnych wiadomości.

Sens przesłania Marleya nie gaśnie i dziś. W czasach, gdy najważniejsze stało się posiadanie i gdy egoizm nie wydaje się już być wadą, na ekranach multipleksów całego świata rozbrzmiewa spokojny głos wysportowanego, uśmiechniętego i odzianego w dres Jamajczyka. Czy jestem bogaty? A Co to znaczy bogactwo?  Moje życie ma wartość tylko wtedy, kiedy jest potrzebne innym.

Bo Marley od początku wiedział, co w całym tym, do dziś otaczającym ludzkość syfie, jest najważniejsze – Miłość. Muzyka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


7 − = zero

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *

1 300 801 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony