Jestes tutaj: Home » slider » „Nigdy nie planowałem, że zostanę dziennikarzem” – wywiad z Bartoszem Węglarczykiem

„Nigdy nie planowałem, że zostanę dziennikarzem” – wywiad z Bartoszem Węglarczykiem

11 kwietnia 2012 roku godzina 12:00, ogromny budynek przy ulicy Prostej 51 w Warszawie (redakcja Sukcesu). Ten dzień na długo zapadnie w mojej pamięci. Bartosz Węglarczyk okazał się szalenie skromnym i otwartym człowiekiem, który pokazał mi, że dziennikarstwo ma sens.

Aleksandra Kołosowska: Co skłoniło Pana do związania swojego życia z zawodem dziennikarza?

Bartosz Węglarczyk: Mój pies. Ja nigdy nie planowałem, że zostanę dziennikarzem, dorastałem w czasach kiedy nie warto było być dziennikarzem. W 89’ roku szedłem na spacer z psem, który skręcił w inną stronę niż skręcał zawsze, skręcił w lewo zamiast w prawo, a ja poszedłem za nim. Tam dwóch panów przyczepiało tablicę z napisem Solidarność. Był to kwiecień 89’ roku i tam się mieściła redakcja „Gazety Wyborczej”. Jak wszedłem do tej redakcji to zostałem dwadzieścia trzy lata. Oczywiście nie byłem od razu dziennikarzem, nawet jak zacząłem tam pracować to nie wiedziałem, że będę dziennikarzem. Moją pracą było robienie kawy i herbaty.

A.K.: Pracował Pan jako korespondent zagraniczny. Jak wspomina Pan ten czas i jakie są według Pana plusy i minusy tej pracy?

B.W.: Wspominam to jako najlepszy czas mojego życia. Uważam, że nie ma lepszej pracy, to znaczy wtedy nie było. Teraz korespondent zagraniczny przechodzi do historii, to już trochę inaczej wygląda, ale wtedy była to absolutnie fascynująca praca, piętnaście najlepszych lat mojego życia zawodowego. Wspominam to jako fantastyczny czas, ale oczywiście są koszty jakie się ponosi: traci się życie prywatne, bo przebywa się za granicą, traci się przyjaciół i znajomych, czasami rodzinę więc ponosi się duże koszty. Już nie wspomnę o kolegach, którzy stracili życie czy zdrowie pracując w ekstremalnych sytuacjach, ale tych jest mniejszość. Generalnie takich ekstremalnych sytuacji się nie spotyka, ale cierpi się w inny sposób, jest to oderwanie od kraju, od życia rodzinnego – zwykłego życia. Życie wygląda wtedy trochę tak jak lot samolotem – leci się klasą ekonomiczną i zapraszają nas na chwilę do klasy biznes, a jak się długo w tej klasie biznes siedzi to się zapomina jak klasa ekonomiczna wygląda. I potem jak się człowiek przesiada do klasy ekonomicznej to boli.

A.K.: Pamięta Pan jakąś ekstremalną sytuację związaną z pracą korespondenta?

B.W.: Bardzo wiele, oczywiście. Ponieważ byłem korespondentem wojennym na początku swojej kariery, pamiętam, że strzelano do mnie, siedziałem w okopach przez dwa dni, nie mogąc z nich wyjść, co było bardzo nieprzyjemne. Transporter opancerzony, którym jechałem został ostrzelany z wyrzutników przeciwpancernych. One nie eksplodowały po uderzeniu w ten transporter, gdyby eksplodowały to by mnie pewnie dzisiaj już tu nie było. A takich sytuacji było sporo. Widziałem śmierć na własne oczy, a to są takie rzeczy, które zostają w człowieku do końca życia. Dlatego zrezygnowałem po paru latach z jeżdżenia na wojnę, powiedziałem, że więcej nie będę jeździł. Wiem, że to odbija się również na zdrowiu psychicznym wielu dziennikarzy. Są dziennikarze, którzy przechodzą załamanie psychiczne po takich wyjazdach więc nikomu tego nie życzę. Ale jest to fascynująca praca.

A.K.: Czyli takie wydarzenia z jednej strony zniechęcają do tej pracy?

B.W.: Nie wiem czy zniechęcają. To jest też taki ogromny zastrzyk adrenaliny, są to przeżycia, których bardzo niewiele osób doświadcza. Człowiek się czuje członkiem takiego elitarnego klubu – klubu adrenaliny. Jest taka książka Bang-Bang Club, opowiada o fotoreporterach, którzy jeżdżą na wojnę i o tym jak z jednej strony niszczy im to życie, ale z drugiej strony nie potrafią się od tego oderwać. Ja potrafiłem i bardzo się cieszę, że mi się to udało. Nie wiem co by się ze mną działo gdybym jeszcze parę lat pojeździł w te rejony.

A.K.: Odszedł Pan z Agory do Presspubliki. Czy decyzja o odejściu była trudną decyzją?

B.W.: To była decyzja, do której dojrzewałem przez parę lat, to nie była decyzja podjęta natychmiast. Myślę, że tak naprawdę co najmniej rok przed odejściem z Agory już myślałem o tym żeby odejść. Trzeba zmieniać miejsca pracy. Ja jestem amerykanofilem i noszę Amerykę w sercu ponieważ spędziłem tam dużo czasu i kocham ten kraj. Jednocześnie miałem wrażenie, że w pracy zachowywałem się jak nie-amerykanin tylko jak Japończyk czyli całe życie w jednej firmie i pomyślałem, że dwadzieścia trzy lata to jest naprawdę dosyć i że trzeba zmienić trochę otoczenie. Dostałem bardzo dobrą propozycję od Pana Hajdarowicza  w Presspublice i stwierdziłem, że jeżeli tej propozycji nie przyjmę to już nigdy w życiu niczego innego nie będę robił. I troszkę wbrew sobie, ale z dużym przekonaniem, przyjąłem tę propozycję.

A.K.: Wspomniał Pan o Ameryce. Czy Amerykanie są takimi ludźmi za jakich ich uważamy czyli uśmiechnięci, weseli, życzliwi?

B.W.: Te stereotypy Amerykanów są różne, ja z drugiej strony słyszę, że Amerykanie są głupi, nie znają świata, są aroganccy. A Amerykanie są tacy jak wszyscy inni ludzie, być może z jedną różnicą: oni mają rzeczywiście taki oddech w życiu, przez to właśnie, że są mobilni, że nie boją się zmian w życiu, przez to, że każdą zmianę postrzegają jako możliwość zbudowania czegoś nowego, przez to, że przeciętny Amerykanin siedem razy w życiu się przeprowadza. W Polsce się też to zmienia, młodzi ludzie się przeprowadzają coraz częściej, ale jeszcze ciągle większość Polaków mieszka w tym samym miejscu, w którym się urodziło i wychowało. W Ameryce tak nie jest i mi się podoba ta ich otwartość na świat, ta ich chęć budowania czegoś dla siebie, cały czas doskonalenia się, chęć robienia kariery. Taka zdrowa chęć robienia kariery jest bardzo fajna. Absolutnie uważam, że prawdą jest , że Amerykanie są mili, sympatyczni, uprzejmi, zwłaszcza ci, których najrzadziej turyści spotykają czyli nie ci w Nowym Jorku czy w Chicago tylko ci z takiej głębokiej, amerykańskiej prowincji. Ja, najlepsze wspomnienia z Ameryki mam właśnie z malutkich miasteczek zagubionych, gdzieś tam, w środku Stanów gdzie spotkałem najsympatyczniejszych, najfajniejszych ludzi.

A.K.: Kilka miesięcy temu objął Pan funkcję redaktora naczelnego Sukcesu. Z jakimi odczuciami zasiadał Pan w fotelu naczelnego i jak Pana przyjęli koledzy z redakcji?

B.W.: Mam czteroosobową redakcję włączając mnie samego więc trudno tu mówić o masowej redakcji. Ja się bardzo cieszyłem, to jest szansa na zrobienie czegoś nowego. Staramy się zmienić Sukces i staramy się żeby to było inne pismo. Czy czytelnicy je polubią i docenią to się oczywiście okaże. Sytuacja na rynku mediów jest koszmarna, to też wszyscy wiemy więc nikt z nas do końca nie wie czy to nie jest trochę jak praca przy Titanicu, który zatonie czy nam się to podoba czy nie, bez względu na to ile pracy w to włożymy. Nie wiemy tego w tej chwili. Ja to traktuję jako fantastyczną przygodę w moim życiu. Zespół jest bardzo fajny, mam wrażenie, że natychmiast się polubiliśmy, mam przynajmniej nadzieję, że oni nie oszukują i że mnie naprawdę lubią. Ja ich bardzo lubię i uważam, że robimy bardzo fajne pismo. Trochę się bałem przejścia do innego koncernu, bałem się, że potrafię pracować tylko w jednym, że nauczyłem się kultury pracy Agory. Ale okazało się, że w Presspublice jest bardzo fajnie i w związku z tym cieszę się z tego, że tak jak przez całe życie wykonywałem pracę, którą bardzo lubię, tak dalej mogę to robić.

A.K.: Wspomniał Pan o zmianach w Sukcesie. Jaki ma Pan plan na to pismo, jaki pomysł?

B.W.: Sukces nie ma szans konkurować na rynku pism kobiecych, tą walkę już dawno przegrał, wiele lat temu. Myślę, że trzeba byłoby zainwestować grube miliony złotych żeby dać mu szansę walki z takimi pismami jak „Twój Styl”, „Elle” czy „Pani”. Ja też nie jestem człowiekiem, który mógłby robić takie pismo, kompletnie się na tym nie znam. Ostatnio spędziłem trochę czasu z dziennikarkami z prasy kobiecej i miałem wrażenie, że to jest kompletnie inny świat, którego ja w ogóle nie rozumiem więc Sukces już jest innym pismem. Ten profil jest nazywany biznesowo-lifestylowym to znaczy, skupiamy się na historiach o ludziach, często z biznesu, ale nie tylko, także z kultury i ze wszelkich form życia, które dotyczą pieniędzy. Pieniądze są wszędzie wokół nas i staramy się umieszczać raczej historie optymistyczne, raczej o sukcesie, choć klęski też są czasami obrazowe. Staramy się żeby to były takie teksty, które się fajnie czyta, nie biznesmenom tylko właśnie ludziom, którzy z biznesem nie mają nic wspólnego, ale chcą poczytać o ludziach, którzy odnieśli sukces, chcą się dowiedzieć jak ten sukces został osiągnięty, jak to się robi, jak się odnosi sukces w życiu – zawodowy, artystyczny, prestiżowy czy jakikolwiek. Takie historie staramy się znaleźć. Staramy się znajdować ludzi, którzy fajnie opowiadają o swoim sukcesie i o swojej pasji. Wydaje mi się, że takim wątkiem przewodnim w Sukcesie jest pasja. To zawsze jest opowieść o ludziach, którzy kochają to co robią czy im się to udaje, czy nie.

A.K.: Czy uważa Pan, że możliwa jest między dziennikarzami przyjaźń, czy jest tak, że dziennikarze cały czas ze sobą rywalizują?

B.W.: Jedno drugiego nie wyklucza. Oczywiście, że dziennikarze ze sobą rywalizują, ale ta przyjaźń jest możliwa. Mam wielu przyjaciół wśród dziennikarzy, zarówno w Agorze jak i poza. Mam również przyjaciół, z którymi się kompletnie nie zgadzam na temat tego co piszą. Oczywiście, że dziennikarze mogą się przyjaźnić. W Polsce środowisko dziennikarskie jest dosyć dziwne, to trzeba przyznać. Ja też trochę z ulgą odszedłem z Dziennika, dlatego że miałem dosyć tej codziennej przepychanki, która toczy się między dziennikarzami, głównie w Polsce. Jestem głęboko sfrustrowany poziomem nienawiści jaką żywią do siebie dziennikarze u nas. Trochę się cieszę, że się od tego oderwałem i nie muszę brać udziału w takiej pogoni. Odpowiedź na Pani pytanie brzmi: oczywiście, że dziennikarze mogą się przyjaźnić, ale w Polsce, przyznaję szczerze, jest to coraz rzadsze.

A.K.: Zastanawiam się czy doświadczenie dziennikarskie sprawia, że zmiana redakcji staje się z czasem coraz łatwiejsza?

B.W.: Tak, oczywiście że ona jest łatwa, dlatego że pewne zasady pracy dziennikarskiej nigdzie się nie zmieniają. Ja na przykład, przychodząc do Sukcesu zauważyłem, że mają tu inne słownictwo, nazywają te same rzeczy innymi słowami. Ten slang przypisany jest do redakcji więc czasami mam kłopoty ze zrozumieniem co do mnie mówią, ale kiedy mi tłumaczą to się okazuje, że ja znam to o czym mówią, tyle że pod inną nazwą. To są zupełnie drobne rzeczy. Oczywiście, że jest łatwiej przechodzić. Ja też miałem bardzo dużo stanowisk w Agorze, od dziennikarza, redaktora, po szefa działu, szefa pisma więc nie ma tutaj żadnych problemów. To wszędzie jest taka sama praca.

A.K.: Pracował Pan w radiu, telewizji i prasie. Czy któreś z tych mediów jest dla Pana ciekawsze?

B.W.: Każde z tych mediów jest specyficzne – i radio, i telewizja, i gazety, ale to są zupełnie różne media, tego się nie da porównać. Ja mam to szczęście, że chyba nieźle sobie radzę w różnych mediach. Wnioskuję to z faktu, że jestem w różnych mediach zatrudniany. Ale znam też wielu dziennikarzy, którzy sobie kompletnie nie radzą w innym medium, pracując już w jednym, dlatego że specyfika pracy jest kompletnie inna. Ale każde z mediów jest bardzo fajne, każde ma swoje olbrzymie plusy. Ja na przykład, bardzo lubię radio. Nigdy nie prowadziłem własnej audycji w radiu, co mnie smuci, ale bardzo często występuję w radiu i bardzo to lubię.

A.K.: A co skłoniło Pana do prowadzenia programu Dzień Dobry TVN?

B.W.: To było dla nie bardzo ciekawe wyzwanie, dlatego że dyrektor TVN, Edward Miszczak, który mi to zaproponował, próbował mnie dokooptować do pracy wielokrotnie wcześniej, również kiedy jeszcze pracował w radiu RMF. Ja się nigdy nie zgodziłem, a teraz ta propozycja wydawała mi się zupełnie kosmiczna, a z drugiej strony wiedziałem, że Edward jest człowiekiem, który ma czuja do ludzi. On potrafi wybierać ludzi więc wiedziałem, że to nie jest taki sobie pomysł, tylko że on coś musi we mnie widzieć, coś co mu pasuje do tego programu. To była dla mnie taka trochę siatka ochronna – skoro on uważa, że się nadaję to znaczy, że w razie czego do końca się nie zbłaźnię. To było coś kompletnie nowego, czego nigdy w życiu nie robiłem i to jest praca, która jest fantastyczna. Uwielbiam ten program, zawsze czuję się jak gość, a nie jak prowadzący. Poznałem mnóstwo fascynujących ludzi, fascynujących historii, a przecież praca dziennikarza bez względu na to czy się on zajmuje polityką, kulturą, prowadzeniem Dzień Dobry TVN czy pisaniem do miesięcznika „Więź” to jest poznawanie ludzi i opisywanie ludzi. To jest kwintesencja pracy dziennikarskiej. Praca w Gazecie Wyborczej, Rzeczpospolitej, w Sukcesie, w Dzień Dobry TVN czy w radiu, nie różni się kompletnie niczym – to jest zawsze rozmowa z ludźmi i poznawanie.

A.K.:  Zastanawiam się czy tak doświadczony dziennikarz jak Pan stresuje się jeszcze przed programem na żywo w Dzień Dobry TVN?

B.W.: Szczerze, muszę powiedzieć, że się nie stresuję, ale dlatego, że nigdy się nie stresowałem. Traktuję to jako fascynujące wydarzenie w moim życiu, za które mi jeszcze na dodatek płacą. To czego chcieć więcej od życia? To jest tak jakby mi płacili za chodzenie do kina, co zresztą czasem robią. Ale to jest też bardzo ciężka praca. Myślę, że ludziom się wydaje, że to jest bardzo proste, ale tak nie jest. Trzeba się do tego bardzo dobrze przygotować, trzeba bardzo uważać co się mówi, jak się wygląda itd. Ale w gazecie jest tak samo.

A.K.: Jest w dziennikarstwie coś co Pana od tego zawodu odstrasza?

B.W.: Tak, odstrasza mnie od tego zawodu bezmiar ignorancji, który się pojawił w naszym dziennikarstwie. Jestem tym przerażony. Mamy przykłady wybitnych dziennikarzy, którzy odchodzą z zawodu albo przynajmniej usuwają się na bok, bo są też przerażeni tym zalewem ignorancji. Ja całe życie zajmowałem się polityką zagraniczną i sprawami zagranicznymi, i zajmuję się nimi dalej, ale muszę powiedzieć, że trochę straciłem do tego serce. Od lat obserwuję nieprawdopodobny zalew ignorancji i głupoty w sprawach zagranicznych.  Sprawy zagraniczne są bardzo trudne. Jest wiele dziedzin dziennikarstwa, które są trudne, ludzie, którzy zajmują się służbą zdrowia też muszą mieć gigantyczną wiedzę, ale w sprawach zagranicznych ignorancja jest przerażająca. W momencie kiedy dotyka to ważnych rzeczy, takich jak ludzkie życie, bezpieczeństwo państwa, kiedy chodzi o decyzje, które dotyczą miliardów dolarów czy złotych to mnie przeraża, że można mówić o takich sprawach w tak prostacki, ignorancki sposób. A uważam, że takich sytuacji jest coraz więcej. Myślę, że sprawy zagraniczne w polskim dziennikarstwie umierają śmiercią naturalną i za parę lat nikt już nie będzie potrzebował specjalistów od tej dziedziny.

A.K.: Jakie rady mógłby Pan dać początkującym dziennikarzom i studentom dziennikarstwa?

B.W.: Po pierwsze żeby mieli plan B na wypadek gdyby dziennikarstwo im nie wypaliło, a po drugie żeby absolutnie walczyli o to dziennikarstwo, bo to jest fascynujący zawód, co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Przeżywa się rzeczy, których się nie przeżywa nigdzie indziej. Ja zawsze wspominam, że od tego dnia kiedy szedłem z psem i nie miałem pojęcia co będę w życiu robił, do momentu kiedy stałem na pomniku Dzierżyńskiego, na Łubiance w Moskwie, pomniku przewróconym przez demonstrantów, którzy rzucali kamieniami w siedzibę KGB, minęły raptem dwa lata i to była dla mnie podróż, której się kompletnie nie spodziewałem. I nigdy w życiu bym jej nie zamienił. Myślę, że w tym zawodzie trzeba mieć bardzo twardą pupę, trzeba być bardzo wytrzymałym na stres, nie można się poddawać i trzeba bardzo wierzyć w siebie i szukać ludzi, którzy nam w tym pomogą, bo ci ludzie są wokół nas. Ja, bardzo wiele zawdzięczam ludziom z Gazety Wyborczej, Adamowi Michnikowi, Helenie Łuczywo, Jurkowi Rawiczowi, którzy we mnie wierzyli i cały czas ciągnęli mnie za sobą. Myślę, że takich ludzi trzeba szukać i się ich trzymać. Potem trzeba sobie znaleźć mistrza i się go po prostu trzymać i trzeba być bardzo wytrwałym.

Na prośbę Pana Bartosza Węglarczyka wywiad nie był autoryzowany.

One comment on “„Nigdy nie planowałem, że zostanę dziennikarzem” – wywiad z Bartoszem Węglarczykiem

  1. Ewelina on said:

    Wyjątkowy, bogaty wywiad…wielu informacji o panu Bartoszu dowiedziałam się właśnie z niego….

    dobre rady dla początkujących dziennikarzy, niecodzienna, szczera relacja korespondenta wojennego oraz niezwykłe studium cech i osobowości ludzkich….

    Ola gratuluję !!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


× 8 = osiem

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *

1 319 933 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony