Jestes tutaj: Home » MISZ MASZ » Miłość Nieistnienia – opowiadanie

Miłość Nieistnienia – opowiadanie

Przyjechał na ten dworzec po raz ostatni. Za kilka godzin ponownie ujrzy swoją jedyną, niezastąpioną Weronikę. Tylko to się liczy. Tylko to ma sens. To właśnie na ten moment czekał tak długo. Jeszcze tylko parę godzin. Ostatnich godzin życia. Weronika – jedyna dziewczyna, którą pokochał. I kocha aż do teraz. I niezależnie od tego, co się niebawem wydarzy, będzie kochał zawsze. Weronika…

Od pięciu lat budziła się obok niego i szepcząc, dziękowała mu za to, że jest. I za to, że i ona mogła w tym jego życiu zaistnieć. Czasem odnosił wrażenie, że chciałaby mu to po prostu wykrzyczeć i to najgłośniej jak się tylko da. Wcale nie musiała krzyczeć. On wiedział. Zawsze wiedział, co tak naprawdę chciałaby mu powiedzieć. Zawsze też słyszał. Nawet jej najcichszy szept. Już wtedy, na tym dworcu, przy pierwszym ich spotkaniu, miał dziwne poczucie, że Weronikę można zrozumieć bez jakichkolwiek słów, pytań, gestów i niepotrzebnych odpowiedzi. Patrzył w tę jej pokerową twarz i wiedział już wszystko. Rozumiał każdą, najmniejszą cząstkę jej osobowości, każdą molekułę jej emocji, każde niekontrolowane zaciśnięcie ust oraz każdą łzę w jej oczach.

Koło. To właśnie w tym niewielkim miasteczku, na tym niewielkim dworcu, spotkali się po raz pierwszy. Stał zupełnie onieśmielony i czekał na dziewczynę, która pisała do niego od sześciu miesięcy. Do teraz nie wie sam, dlaczego akurat do niego? Dlaczego to właśnie jego wybrała? Nigdy jej o to nie zapytał. A teraz, kiedy tak bardzo chciałby znać odpowiedź na to pytanie, jest już po prostu za późno. Za późno. Pamięta tę pierwszą wiadomość od niej. Nauczył się jej dawno temu na pamięć:

Słuchaj, mam dzisiaj urodziny. Kolejne urodziny, które spędzam na dworcu, z butelką najgorszej gorzkiej gorzały i prawie już pustą paczką papierosów… Wiesz, jest mi w tym momencie tak przeraźliwie pusto i źle, że bardzo chciałabym z kimś się tym podzielić. No wiesz, rozdzielić to moje nieszczęście po połowie. Może wtedy nie będzie już tak bardzo bolało, bo teraz boli jak cholera. I nie bardzo już mogę dać sobie z tym bólem radę. A musisz wiedzieć, że ja z każdym bólem dawałam sobie zawsze radę. Z każdym. I zawsze w zupełnej samotności. Ale dzisiaj mam te swoje urodziny, myślę o tych wszystkich ludziach, którzy ode mnie odeszli i zastanawiam się, co jest ze mną, do cholery, nie tak? Dlaczego każdy mnie zostawia? Czemu wszyscy odchodzą, zostawiają mnie? Dlaczego? Wiesz może? Słuchaj, ja nie chcę Tobie przeszkadzać, pewnie masz swoje sprawy i swoje większe czy mniejsze nieszczęścia, ale tak sobie pomyślałam, że skoro mam już przy sobie tego całego laptopa, to może… No, wiesz… Podzielę się z kimś tym swoim bólem. W wyszukiwarkę GG wpisałam: Piotr.39 lat. Warszawa. Tak właśnie trafiłam na Ciebie… Ale już nie będę Tobie przeszkadzać. Uważaj na siebie.
Weronika

Poraziła go swoją szczerością. Zaciekawiła i poruszyła dogłębnie. Czytając, zastanawiał się, ile bólu i prawdy można wyrazić w tych zaledwie kilku zdaniach. Poczuł, że bardzo chciałby dowiedzieć się o tej dziewczynie czegoś więcej. Odpisał:

Nie przeszkadzasz. Słuchaj, piszesz, że masz urodziny. Wiesz, to się świetnie składa, bo właśnie przed chwilką otworzyłem butelkę swojej najlepszej 35-letniej whisky! Poczekaj sekundę… O już, skoczyłem po drugi kieliszek. Najpierw napije się z mojego, a następnie z tego Twojego. Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, Weroniko.
PS. Podoba mi się Twoje imię. Budzi sentyment…

Od tej wiadomości i jego odpowiedzi wszystko się zaczęło. Przynajmniej u niego. Wszystkie fazy po kolei. Wszystko od początku. Nie planował tego. Nawet nie chciał. Zbyt dobrze pamiętał jeszcze tamten czas. Jednak po miesiącu zauważył, że czeka na wiadomości od Weroniki. Czeka z wielką niecierpliwością. Nigdy go nie zawiodła. Codziennie rano w skrzynce pocztowej znajdował e-maila od niej. Potem, około trzeciej po południu, rozmawiali ze sobą na GG aż do 19:00. O 22:00- dostawał kolejnego e-maila od Weroniki z podsumowaniem całego ich „wspólnego” dnia oraz z końcowymi słowami: „DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE JESTEŚ”. W drugim miesiącu dostrzegł u siebie pierwsze symptomy tęsknoty. Tęsknoty za dziewczyną, której w realnym świecie nawet nie widział. Mimo codziennych rozmów i e-maili – tęsknił. A nawet poczuł coś w rodzaju zazdrości. Stał się zazdrosny, to prawda. Zazdrosny o tych wszystkich ludzi, którzy istnieją w jej życiu naprawdę. On istniał jedynie w „wirtualnej rzeczywistości” i to sprawiało mu coraz większą przykrość. Jego zaangażowanie rosło z miesiąca na miesiąc. Pod koniec czwartego zdał sobie sprawę, że jego świat bez Weroniki praktycznie nie ma prawa bytu. Pamięta jak którejś nocy, przy butelce pysznego białego wina i utworach Bacha w powietrzu, napisał:

Weroniko, obiecaj mi coś. To dla mnie ważne. Bardzo ważne. Pojawiłaś się w moim życiu zupełnie niespodziewanie. Nie oczekiwałem tego. Widzisz, to był czas, kiedy nie oczekiwałem już niczego. Zupełnie niczego. Jednak pojawiłaś się Ty i znów poczułem jakiś sens bycia. Po prostu – istnienia… Obiecaj, że będziesz. Że nie znikniesz tak samo niespodziewanie, jak się pojawiłaś. Obiecaj, proszę…

Obiecała. I tylko tej jednej jedynej obietnicy nie dotrzymała.

W piątym miesiącu miał już pewność. Kochał Weronikę. Tak naprawdę nie wiedział jeszcze, co to oznacza, ale był pewien, że kocha. Po prostu wiedział to. Czuł… Minęło pół roku i nastał dzień, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. Nie na jakimś nic nie znaczącym zdjęciu, ale w realnym świecie, w tym, w którym nie słowa są najważniejsze, a zapach, dotyk, smak, puszystość jej włosów, drżenie jego rąk, jej łzy, jego wzruszenia, jej pragnienia, jego przeżycia, jej smutek i jego zaduma. To właśnie na tym dworcu w Kole zrozumiał, co oznacza kochać. A kiedy już znalazł odpowiedź, po raz pierwszy, odkąd się znali, poczuł przeraźliwy strach, że ta jego „wieczność z Weroniką” może w każdej chwili dobiec końca. Nie, tego nie był sobie w stanie nawet wyobrazić…

Pięć lat. Najwspanialszy czas w jego życiu, podarowany przez Boga. Wystarczy jedynie, że zamknie oczy i znów siedzi na tej dzikiej, zapomnianej przez ludzkość plaży w Meksyku, pije Tequilę, gładzi włosy Weroniki, uśmiecha się do swoich pragnień i czuje ogromne ciepło, ogarniające całe jego ciało. Albo ten góralski domek w Bieszczadach. Pojechali tam świętować jej 30. urodziny. Cały dzień spędzili w łóżku, z szampanem i truskawkami, z drobnymi przerwami na wyjście do toalety. Zamyka oczy i bardzo wyraźnie widzi te wszystkie hotele, w których nocowali, te wszystkie miasta, w których bywali, te wszystkie państwa, które zwiedzili, te wszystkie alkohole, które wspólnie wypili. Zamyka oczy i widzi ją, Weronikę. Swoją małą, kochaną Dziewczynkę. Tak, widzi ją: wiatr rozwiewa jej długie ciemne włosy, unosi błękitną sukienkę, a Weronika uśmiecha się i szeptem wyznaje, że chciałaby zostać z nim tutaj na zawsze. Daleko w dole szumi morze Egejskie – przytulne, ciepłe, bezpieczne. On stoi obok niej, trzyma ją za rękę i dodając jej odwagi, mówi:
– Skoczysz. Dasz radę! Skoczysz.
– Nie mogę – odpowiada ona.
– Ależ możesz. Uda się – zapewnia on.
– Boję się.
– Ty? Ja zawsze widziałem w tobie odwagę. Słuchaj, chwyć mnie z całej siły za rękę. Policzymy do trzech i skaczemy. Skaczesz ze mną, prawda?
– Prawda – mówi cicho Weronika.
Chwyciła go mocno za dłoń, na moment przytuliła się do niego całym ciałem i skoczyli. Skoczyli razem!

Pięć lat. Gdyby ktoś zapytał go, czym właściwie był dla niego ten czas, odpowiedziałby, że były to dni nieustającej radości, tęsknoty, pragnień, ciągłych wzruszeń, poruszeń i przeżyć. Ten czas był także czasem wielkiej pokory oraz bezustannej nauki. Uczył się przede wszystkim brania odpowiedzialności za czyjeś życie. Za jej życie… Pięć lat. Przeleciało jak jeden dzień. Niczego nie żałuje i niczego już nie chce. No, prawie niczego. Jedyne, czego jeszcze pragnie, to być już w końcu z nią. Tylko z nią. Tak, jak jeszcze przed rokiem, bo tyle właśnie czasu już minęło. Całe dwanaście miesięcy. Bólu, cierpienia, i tęsknoty. Tęsknił za nią. Nieustająco i coraz bardziej przeraźliwie. Ból próbował uśmierzać alkoholem, kokainą i snem. A kiedy nie pomagało, pił jeszcze więcej – z bezsilności i pustej rozpaczy. Nie mógł ze sobą skończyć tak od razu, to byłoby nie w porządku. Wiedział, że najpierw musi odpokutować. Codziennie, coraz bardziej i coraz mocniej. Pokutował więc. Wieczorami przychodził na jej grób i błagał, wręcz skomlał o przebaczenie. Nie był wstanie znaleźć słów, którymi mógłby ją przeprosić. Za wszystko. Za niespełnione marzenia. Za krótkość ich związku. Za niedokończona rozmowę. Za to, że właśnie jego spotkała. Za te wszystkie banalne kłótnie. Za to, że czasem dopiero po dłuższej chwili odgadywał jej nastroje. Jak miał to zrobić? Jakich pieprzonych słów użyć? Jak przeprosić? Boże, no jak…

Jechali wtedy z Poznania do Krakowa. Weronika kochała Kraków i chyba tylko w tym mieście czuła się naprawdę bezpiecznie. Rozpromieniona swoim kolejnym pomysłem, dotyczącym ich wspólnej przeszłości, śmiała się i opowiadała mu te wszystkie rzeczy przeznaczone wyłącznie dla niego. Gdzieś w połowie drogi dotknęła jego ręki i powiedziała: „Piotrusiu, dzień, w którym do ciebie napisałam, był najszczęśliwszym dniem w moim życiu. Obchodziłam wtedy 28. urodziny, pamiętasz? Dzisiaj, dokładnie za 12 minut, skończę 34. Słuchaj, a pamiętasz, jak prosiłeś, bym ci obiecała, że będę? Że nie zniknę równie niespodziewanie, jak się pojawiłam? Pamiętasz? Teraz ja mam do ciebie prośbę, w ramach, na przykład, mojego prezentu urodzinowego. Obiecaj mi to samo. Obiecaj, że będziesz. Że będziesz na zawsze. Obiecaj, proszę…” Obiecał, po czym pocałował ją, na ułamek sekundy odwracając głowę w jej kierunku. Zupełnie niespodziewanie z ciemności wybiegła na ulicę jakaś dziewczyna. Momentalnie skręcił kierownicę w lewo. Mocno uderzyli w drzewo. Spojrzał na Weronikę. Miała przymknięte oczy. Spory kawałek szkła z rozbitej przedniej szyby samochodu wbijał jej się prosto w czaszkę.

Przychodził na jej grób każdej nocy. Błagał o wybaczenie. Kiedy litrowa butelka Wyborowej była już prawie pusta, a w paczce zostawał mu tylko jeden papieros, resztami sił wstawał z klęczek i wracał do domu. Kładł się w ubraniu i butach na łóżku, a kiedy już zasnął, nieustannie śnił o niej. Nigdy w czasie przeszłym. Tak właśnie minęły te wszystkie miesiące. Wytrzymał tak długo tylko po to, aby skamleć o wybaczenie, w cierpieniu i samotności pokutować i aby pamięć o jej istnieniu zachowała się jak najdłużej. Wczoraj poszedł tam po raz ostatni. W mroźną, styczniową noc. Nie pił. I nie prosił już o nic. Na płycie nagrobka położył 35 białych storczyków. Weronika uwielbiała storczyki…

Epilog

Wychudzony, podstarzały mężczyzna podnosi się z ławki przy peronie drugim, na niewielkim dworcu w Kole. Za 12 minut rozpocznie się nowy, niezwykle mroźny, styczniowy dzień… Mężczyzna mimo okropnego mrozu ma na sobie jedynie przetarte w kilku miejscach dżinsy oraz czarną polarową bluzę. W ręku trzyma butelkę wódki i zdjęcie ciemnowłosej dziewczyny w nieokreślonym wieku, jednak znacznie młodszej od niego. Uśmiecha się. Dzisiaj będą już razem…

One comment on “Miłość Nieistnienia – opowiadanie

  1. Ewelina on said:

    Pani Mario to swoiste „perełki” literackie, prosimy o więcej intelektualnej strawy dla zmysłów 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


9 − = osiem

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *

1 319 836 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony