Jestes tutaj: Home » FILM » Jesteśmy w domu – recenzja filmu „Róża”

Jesteśmy w domu – recenzja filmu „Róża”

Jesteśmy po pierwsze w „filmowym domu” Wojciecha Smarzowskiego. Ten jeden z najciekawszych polskich reżyserów powraca w wielkim stylu. W swoim stylu. „Róża” jest bowiem takim rodzajem filmu, w którym Smarzowski czuje się najlepiej.

Brutalnie i bez cenzury, acz nie wprost pokazuje (czytaj: obnaża) nasze polskie grzechy narodowe i indywidualne. Podobnie jak w przypadku Wesela oraz Domu złego, Róża jest obrazem otwartym, odartym z jakiegokolwiek wartościowania. Wnioski trzeba wyciągnąć samemu. Chociaż w tym przypadku powstają one raczej instynktownie, bez konieczności większego zamysłu – bo oglądając np. scenę gwałtu wnioski i emocje (współczucie, litość, złość, gniew) nasuwają się same i same się też koncentrują na oglądanych osobach – te pierwsze na ofierze, kolejne na kacie. Nie można jednak w tym wypadku używania takich scen odbierać jako zarzut – tak przecież wyglądała historia. Smarzowski nie koloryzuje w żadną stronę – niczego nie dodaje, niczego nie ujmuje.

Walorem Róży jest może przede wszystkim jej otwartość, wielowątkowość, niedookreślenie. Właściwie nie wiadomo o czym głównie jest film, nie mamy wątku, który w oczywisty sposób wysuwałby się na pierwszy plan i podporządkowywałby sobie inne, dominując nad nimi. Nie wiadomo do końca czy jest to film o powojennej Polsce i koncepcjach na jej kształt, czy o przesiedleniach na terenie Mazur, czy o dziwnej miłości, czy może o próbie stworzenia domu właśnie, rozpoczęcia na nowo życia, które miałoby być powrotem do normalności (o ile to możliwe), a w szerszej skali – czy o ludziach, czy o historii. Właściwie jest to film o tym wszystkim, dzięki temu możemy go rozpatrywać pod każdym z tych kątów.

Już pierwsza scena (która znających kino Smarzowskiego ani nie zdziwi, ani nie zaskoczy) – gwałt i brutalne morderstwo na żonie głównego bohatera wprowadza nas w nastrój i tematykę filmu. Dalej reżyser przenosi nas krótko w czasie i obserwujemy właściwą akcję. Oto do mazurskiego gospodarstwa Róży Kwiatkowskiej przybywa polski powstaniec, Tadeusz. Niczym w klasycznym patetycznym filmie wojennym niesie wdowie informację o śmierci jej męża, a jego przyjaciela z frontu. Wręcza jej zdjęcie i obrączkę, jak się możemy domyślać, wypełniając tym samym ostatnią wolę zmarłego. I na tym patos się kończy. Zostaje bezlitośnie zderzony z wyglądem ówczesnej Polski, z jej historią i kształtem, nawet z samymi Polakami oraz mroczną przeszłością Róży. Wraz z przyjściem Tadeusza zgasła jej ostatnia nadzieja. Pozostała sama z ukrywającą się córką przeciw potępiającej ją za „kontakty” z Rosjanami społeczności. Jednak owdowiała Róża, w przeszłości wielokrotnie gwałcona, jest kobietą dumną, nie chce niczyjej pomocy, nie przyznaje się, że może jej nawet potrzebować.

Między nią a Tadeuszem szybko wytwarza się więź. Nie tylko zaczynają rozumieć, że są sobie nawzajem potrzebni by przetrwać, zaczynają coś do siebie czuć. Jednak nie jest miłość, do której przyzwyczaili nas filmowcy. To raczej uczucie dwojga dopiero owdowiałych ludzi, dotkniętych obrazami wojny, dla których jest zbyt wcześnie (lub zbyt późno) by „normalnie kochać” i darzyć się czułością, nawet jeśli tym co czują, w istocie jest miłość.

Tadeusz, który by zostać potrzebował pretekstu, zaczyna podejmować się prostych czynności. Próbuje tym samym stworzyć nienamacalny dom. Już nie ma siły by walczyć (nie tworzy więc opozycji), ale nie ucieka i ma w sobie na tyle godności by nie uczestniczyć w polityce, odbudowie Polski, jako państwa socjalistycznego – Taka Polska, to beze mnie – powie w odpowiedzi na próbę werbunku. W Wolterowskim duchu, ima się więc prac przydomowych, mających zapewnić my spokój – zaczyna od rozminowania pola, zasadzenia ziemniaków. W gospodarstwie Róży tworzy swój mały mikrokosmos – dom, który ma być chociaż namiastką normalności, próbą powrotu. Ale czy to możliwe?

W tym domu jest miejsce dla niego, Róży i jej córki, z czasem pojawiają się sąsiedzi. Na razie brzmi normalnie. Ale ich przeszłość oraz polityka dają o sobie znać. Wciąż grozi im niebezpieczeństwo – napady, rabunki, próby gwałtów, podpalenia, ale i deportacja. Sytuacja ta będzie wymagała od Tadeusza reakcji – dla niego jako żołnierza w sile wieku, może i łatwiejszej do podjęcia niż zwykłe czynności (tworzenie normalnego życia w nienormalnym środowisku) – a więc obrony, walki. A jest w tym dobry, zna się na tym. Miedza jego gospodarstwa stała się granicą, której – jako wojskowy będzie bronił na różne sposoby – chwyci za pistolet snajperski, siekierę, ale i napije się z urzędnikiem, spotkanymi żołnierzami, wręczy znalezione dolary, byle tylko pozwolono mu uprawiać w milczeniu jego własny ogródek.

Kolejnym domem w Róży, czyniącym ją też filmem historycznym, miałaby być Polska po 1945 roku i granicy przebiegającej wzdłuż linii Curzona. Po zmianie granic na jej terytorium znalazły się tereny byłych zaborów Pruskich, diametralnie różnie od reszty kraju, np. protestanckie. Tutaj Smarzowski dotyka problemu tożsamości narodowej. Kim są ludzie na nich mieszkający? Polakami? Niemcami? Sami nie wiedzą – są tutejsi. Nazywają siebie Mazurami, ale co dalej? Na jakiej podstawie określić tak fundamentalną kwestię jak przynależność narodowościową? Języka? Religii? Czy może deklaracji? Ścierają się tu też różne koncepcje odbudowy Polski. Jedni twierdzą, że to Polacy i należy ich zasymilować, inni – że tak naprawdę to Niemcy, których nazwano Polakami, by stworzyć pretekst do odzyskania ziem, teraz więc należy ich deportować, bo zbyt duża mniejszość narodowa mogła by być niebezpieczna i nie jest Polsce – mającej być w założeniu jednolitej – potrzebna.  Smarzowski rozprawia się i z tym pokazując dziwność i absurd masowych deportacji, czyniących z ludzi i ich żyć po raz kolejny pionki i przedmioty w politycznych rachunkach. Dobrze, że tym razem w sposób chociaż trochę humanitarny.

„Róża” to z jednej strony film bardzo polski (realia, tematyka), a z drugiej – to film, do jakiego polski widz, oglądający rodzime kino nie jest przyzwyczajony. To obraz zrobiony w bardzo przemyślany sposób, gdzie gra się zarówno słowem, ale i milczeniem, nieruchomym spojrzeniem aktora. Na uwagę zasługuje zmontowana na bardzo amerykański sposób scena przesłuchania Tadeusza. Dowodzi ona, że polskie kino zaczyna dojrzewać (choć nie oznacza tego porównanie do zachodniego sposobu kręcenia) zarówno pod względem podejmowanej tematyki, jak i pod względem przedstawiania i prezentacji warstwy fabularnej, która dzięki temu – jak w Róży – wrzyna się w pamięć, targa za emocje, wyzuwa z iluzji piękna tego najpiękniejszego, Leibnizowego świata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


+ 6 = trzynaście

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *

1 320 634 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

© 2012 Coolturalni24.pl - Lepsza strona kultury

Przejdź na górę strony